Sedesowi muzycy

Chongli to nowoczesne miasto w północnych Chinach, które aspiruje do roli ambitnego ośrodka narciarskiego w pobliżu Pekinu. Jako że stolica znów planuje zorganizować w Państwie Środka olimpiadę (tym razem zimową), Chongli, pewnie w ramach przygotowań do tejże, może poszczycić się angielskimi napisami nad budynkami sklepików i przeróżnych usług. Łatwiej nam więc trafić do supermarketu czy restauracji oferującej pierogi, niemałą zagwozdkę mamy jednak czytając inne angielskie napisy. Czymże jest bowiem „Aitor centre”? „A” jest co prawda bez poprzeczki, ale i tak nie wiadomo, o co chodzi. Dopiero rzut oka na sąsiedni napis – „Foot lelsure ciub” – naprowadza nas na właściwy trop. Komuś przy układaniu pomyliły się literki i zamiast „Visitor centre” i „Leisure clubu” wyszły takie perełki (choć i tak hitem dla mnie była koszulka – podróbka pewnej znanej sportowej marki z dumnym napisem „Niek”). Olimpiada ma być w 2022 roku, a już niektóre litery poodpadały i cały ten sznyt trąci bylejakością.



Witamy w Chongli



Jeszcze nie zdążył spaść śnieg, a już tynk odpada z elewacji. Te śnieżynki mogą nie doczekać olimpiady

Zatrzymaliśmy się tu na dwie noce, a znalezienie hotelu w mieście było naszym kolejnym sukcesem. O poszukiwaniach miejsca do spania i porozumiewaniu się z Chińczykami można by napisać kolejny długi tekst, dość wspomnieć tylko, że po długich bojach wreszcie dostajemy pokój. A gdy w jakimś chińskim mieście zostajemy na noc, zawsze wieczorem wychodzimy do centrum, bo wtedy miasto ożywa i robi się znacznie ciekawiej niż za dnia. Sprzedawcy rozstawiają swe skarby na przyczepach samochodów, knajpki zapełniają się klientami, uliczne garkuchnie kuszą zapachami, pachną szaszłykami i innymi smakołykami, a Chińczycy ćwiczą na rozstawionych wszędzie sprzętach sportowych lub… tańczą! Wystarczy znaleźć jakiś większy plac, skwer, nabrzeże, a już z przenośnego sprzętu dudni tam muzyka, do której ustawieni w rzędy miejscowi tańczą wymyślne układy choreograficzne. I to wszyscy – młodzi, starsi, kobiety i mężczyźni, nastolatki i emeryci – bez żadnego obciachu!



Pierwsze spotkanie z tańczącymi grupami w przygranicznym mieście Erenhot.
Po bezkresie i pustce mongolskiej Gobi nie wiedzieliśmy, w którą stronę patrzeć. Tyle się działo!

Takie grupki znajdujemy i w Chongli. Poza tym, ku naszemu rozczarowaniu, miasto trąci nudą. Jest zbyt nowe, zbyt uporządkowane, zbyt nastawione na sukces, by znalazły się tu małe uliczki, na których kwitnie handel, owoce i warzywa mamią kolorami, ryby sprzedaje się wprost z chodnika i patroszy na życzenie, ciastka kupuje się bezpośrednio z piekarni znajdującej się obok, a gwar i ścisk jest taki, że trudno się poruszać. Chongli jest po prostu bez wyrazu, a nam jakoś wyjątkowo brakuje dziś chińskiego bałaganu, chaosu i koloru.



A w Chongli naprawdę nie dzieje się nic

Zrezygnowani przemierzamy kolejną nijaką ulicę, gdy nagle, mijając drzwi jednego ze sklepików, słyszymy muzykę. Ktoś tu na czymś gra! Zaintrygowani zerkamy przez witrynę nieczynnego już sklepu do środka. Dwóch mężczyzn piłuje smyczkiem po jakichś instrumentach, których nazwy nie znamy. Od razu nas zauważają i zaczynają do nas machać, byśmy weszli. Dla nich to my jesteśmy atrakcją.
Wchodzimy. Sklepik okazuje się mały, a większą jego część zajmują pojemniki z farbami i sedesy. Cokolwiek dziwne to połączenie! Puszki z farbą świetnie nadają się jednak do siedzenia, zaś sedes służy jako stojak na nuty dla jednego z grajków. Po serii obowiązkowych zdjęć, na których figurujemy bez głów, bo jeden z muzyków nie umie obsługiwać smartfonu kolegi, panowie zaczynają grać. W skupieniu wydobywają z instrumentów nowe dźwięki, grają z namaszczeniem godnym filharmonii, a nie sklepu z sedesami. I choć brzmi to niekiedy jak kocia muzyka, podoba nam się ich zapał i chęć pogrania sobie po pracy w sklepie. Każdy ma przecież jakiegoś bzika.



Panowie zaczynają pokaz


Stojak na nuty jak się patrzy!


Piłowanie smyczkiem. Za nic nam się nie udawało

Potem i my próbujemy zagrać, ale za nic nie możemy wydobyć z instrumentów melodii. Zgrzytliwe dźwięki, jakie wydaje smyczek trący o struny, nie układają się w nic. Czas się poddać. Oddajemy instrumenty właścicielom, a dźwięki od razu zaczynają płynąć swobodniej ponad farbami i klozetami i towarzyszą nam nawet wtedy, gdy już zamykamy drzwi sklepu sedesowych muzyków.



Sedesowi muzycy w akcji. Warto spojrzeć na bohaterów drugiego planu...


Rowerowa Azja - spis treści
Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.