Ciocia Gluza

„Cio-cia Glu-za! Cio-cia Glu-za!” – skandują przed bramą drewnianego domu chłopcy z małej wsi w obwodzie kiachtańskim. Od razu zauważyli, że zatrzymaliśmy się przed jednym ze sklepów, by uzupełnić zapasy wody przed kolejnym długim bezludnym odcinkiem, i przybiegli z pobliskiego placu zabaw. Sklep zamknięto akurat cztery minuty wcześniej na godzinną przerwę obiadową, więc odbiliśmy się od drzwi.


W wiosce sklepy są, niestety oba zamknięte

Chłopcy pokręcili się trochę przy nas, a gdy zorientowali się, że potrzebujemy praktycznie tylko wody, zaoferowali się, że przyniosą nam jej ze studni. Daliśmy im puste butelki, a ci zaczęli je sobie wyrywać, jakby niesienie ich było rodzajem wyróżnienia. Pobiegli, a w międzyczasie sklep otworzono, bo ktoś pilnie czegoś potrzebował. Wody w normalnych butelkach tu nie było, chleba, który by nam się przydał, też nie. Półki świeciły pustkami, a ciastka na wagę, które chcieliśmy kupić dla dzieciaków, okazały się poza naszym zasięgiem. Od wczoraj w wiosce brak było prądu i elektroniczna waga nie działała.


Bieg po wodę

Ferajna wróciła dzierżąc w dłoniach butelki z chłodną wodą. Daliśmy im resztkę ciastek, które jeszcze się ostały w sakwach. Prowodyr, najbardziej rezolutny z całej grupy, dostał pierniki. Rozdzielił je sprawiedliwie między swoich, jedno zachowując oczywiście dla siebie. Innemu chłopcu przypadły w udziale pośledniejsze kruche herbatniki, ale wszyscy wydawali się zadowoleni i odbiegli dziękując.



Wesoła ferajna z ciastkami

Spotkaliśmy się chwilę później przed drugim sklepem, pod który podjechaliśmy w nadziei, że będzie otwarty i że znajdzie się w nim chleb. Drugi wioskowy „magazin” też był jednak zamknięty o tej porze. Chłopcy podpowiedzieli, by zapukać do bramy sąsiedniego budynku, a sklep nam otworzą mimo przerwy. Podeszli tam ze mną, a gdy zaczęłam się zastanawiać, jak dobić się do zamkniętego bramą domu, zaczęli skandować i przyzywać ciocię Gluzę.

Zamiast niej w furtce staje dziewczynka. „Szto wam nada?” – pyta wyzywająco. Chłopcy tłumaczą, że to dla nas, a ona znika i gdy już tracę nadzieję, że ktoś się pojawi, w drzwiach staje ona. Ciocia Gluza.

Dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi, bicepsy zdolne powalić nas oboje i chmurna sroga mina, której nie rozjaśnia najmniejszy uśmiech. Płynie ku nam w swym fartuchu w asyście dzieciaków w trakcie swej obiadowej przerwy, a gdy, nadal bez serdeczniejszej reakcji, otwiera nam drzwi i obwieszcza, że chleba nie ma, w panice zaczynamy przebiegać oczami po nielicznych półkach, byle tylko coś wziąć. Tu też nie ma prądu, więc wiele produktów odpada. W końcu jednak nasz wzrok pada na butelkę kwasu chlebowego. Uff! Wreszcie jest coś, co możemy kupić.

Zmykamy czym prędzej z supermarketu cioci Gluzy. Bez chleba się obejdziemy. Jeszcze nam życie miłe.



Nieco egzotyki w rosyjskiej wiosce. I tu może wyrosnąć palma



Aby życie miało nieco barw



Wiejski Dom Kultury



Innej cioci Gluzie interes nie wyszedł. Ten sklepik nie poradził sobie z regułami wolnego rynku



Ten natomiast funkcjonuje doskonale. I tylko dziw bierze, że towarzysz Lenin, spoglądający z okna wystawowego sklepu, wspiera kapitalistyczny biznes



Z tego placu zabaw przybiegli do nas chłopcy. Widać palmy są w modzie na rosyjskiej prowincji



Nieważne, że zabawki zrobione są z opon. Dzieciaki wszędzie są takie same i skore do zabawy



Może cioci Gluzie przydałoby się trochę gimnastyki?


Rowerowa Azja - spis treści
Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.