Przyszedł taki jeden i wypił

Poranna kawa jest rytuałem. Nieodzownym i obowiązkowym, a w trakcie podróży przyjemnie wypełniającym leniwe poranki, gdy jest jeszcze tyle do zrobienia, ale przeciąga się minuty błogiego lenistwa. Wsypywanie ziaren do młynka, kręcenie nim, czyszczenie aeropressu, gotowanie wody na nie zawsze działającym sprawnie palniku - tyle wysiłku, by przez chwilę rozkoszować się smakiem i zapachem prawdziwej małej czarnej.

W trakcie naszej „rowerowej Azji” pijemy ją wspólnie z jedynego kubka, jaki wzięliśmy ze sobą. Dzielimy się zgodnie smolistym gorącym napojem i słodkimi ciastkami. Ale zdarzył się raz dzień, gdy rytuał uległ odwróceniu. Bo przyszedł taki jeden i wypił.

Pojawił się znienacka, gdy siedzieliśmy w namiocie nad parującym kubkiem. A raczej przybył ze stukotem kopyt, zsiadł, chwycił lejce w ręce i przykucnął przy wejściu do namiotu. Pasterz na koniu pilnujący pobliskiego stada owiec.



Przywitaliśmy się po mongolsku i to było na tyle, jeśli chodzi o konwersację. Ruchami rąk ustaliliśmy, skąd i dokąd jedziemy, a potem uśmiechaliśmy się do siebie. Poczęstowaliśmy go ciastkiem, jednym, drugim, i dalej uśmiechaliśmy się do siebie w milczeniu. A po chwili wyciągnęliśmy do niego dłoń z kubkiem kawy, którą popijaliśmy łyczkami między kolejnymi uśmiechami. Niech nasz nowy znajomy też się poczęstuje naszym rytualnym napojem.



Wziął i wypił do dna. Wszystko. Od tamtej pory uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo, gdy kolejne odwiedziny przy naszym namiocie mają miejsce już po wypiciu kawy ;).



Rowerowa Azja - spis treści
Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.