Samolocik

Slavik ma sześć lat, szczerbaty uśmiech po utraconych mleczakach i filuterny błysk w oku, gdy się już przyzwyczai do obcych. Slavik podróżuje z babusią Darią „w Samaru”. Pierwszą dobę spędzamy wspólnie w plackarcie jadącej z Lwowa do Moskwy. Stamtąd czeka ich jeszcze dwudniowa podróż do Samary, do siostry babusi.

Babusia Daria to kobieta-herszt o złotym sercu. Z perspektywy swego siedziska wie najlepiej, jak mamy upakować nasze rowery na trzeciej półce nad górnymi miejscami. Bez wnuka, jak mówi, tuląc go do obszernej piersi, umarłaby, ale gdy mały dokazuje za mocno w trakcie babusinej poobiedniej drzemki, nie waha się gromić go ciężkim głosem, a nawet trzepnąć swą opiekuńczą ręką.



A Slavik się nudzi. Babusia ma stalowy i długi sen, a jedyną rozrywką chłopca jest zeszyt, ruczka i cienka książka-kolorowanka, którą Daria kupuje dla niego od sprzedawcy w pociągu. Slavik we wrześniu pójdzie do szkoły i nie umie jeszcze czytać, więc z bajki nie skorzysta. Kredek też nie ma, a mazanie jedynym piszącym długopisem po czarno-białych baśniowych postaciach szybko mu się nudzi. Znacznie ciekawszy jest zeszyt, w którym kreśli esy-floresy i który na nieco dłużej zajmuje jego uwagę.

Babusia śpi jednak twardo, a nudę pociągowego przedziału trudno wytrzymać. Wpadam więc na pomysł, dzięki któremu czeka mnie awans na „ciocię”. Wyrwane ze Slavikowego zeszytu strony posłużą do zrobienia papierowego okręciku dla chłopca. Slavik, jeszcze nieufny i unikający mego wzroku, z zaciekawieniem przygląda się jednak temu, co robię. A ja wpadam w konsternację, bo za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć, jak się to robiło! Po kilku nieudanych próbach, by wskrzesić w głowie schemat z dzieciństwa, robię z kartki samolocik, by chłopiec miał coś już na teraz, a kolejne znów próbuję przerobić na statek. Nic z tego.



I nagle zaczyna działać wagonowa wspólnota – kobieta z miejsca przy przejściu bierze ode mnie kartonik i zaczyna składać! Tym razem to też jednak samolot, choć bardziej profesjonalny niż moje marne dzieło. Gdy pytam o okręcik, pani stwierdza, że „zabyla”. Jak zrobić papierowe cacko zapomniał też młody mężczyzna z boksu obok. On też przyglądał się nam już od pewnego czasu. Spod jego rąk wychodzi kolejny samolocik, a ja śmieję się, że też zapomniałam, jak zrobić okręt. Trzy samoloty to już jednak coś! Buzię Slavika rozjaśnia uśmiech i choć po chwili, bo ja nie daję za wygraną, Robertowi udaje się wpaść na sposób składania i powstaje okręt, chłopiec prosi o przerobienie go na latającą maszynę. Z dwoma dużymi i dwoma małymi samolotami to już jest zabawa!

Następne godziny snu babusi spędzamy ze Slavikiem na wzajemnym bombardowaniu się papierowymi zabawkami. Frajdą dla małego jest, gdy chowam mu samoloty pod poduszkę lub za siebie, a on z triumfem je znajduje. Z przebiegłym uśmiechem celuje też swym samolocikiem to we mnie, to w „wujka” Roberta, ciesząc się z naszej „niepewności”, kogo wreszcie wybierze. A po długim rzucaniu tylko w siebie znacznie bardziej atrakcyjnym celem wydaje się Robert, który siedzi obok i czyta. Gdy po długim czasie kolejna kobieta z przedziału za nami przygotowuje malcowi papierowy kwiat dla babci i okręcik, wykorzystuję chwilę, by odetchnąć i wdrapuję się na górną pryczę. Nic jednak z tego. Slavik szybko wraca i zaczyna wyrzucać samolociki na górę, a potem usiłuje się do mnie wspiąć. Zgodnie z przewidywaniem spada jednak, uderza się w brzuch i gdy już myślę, że wybuchnie płaczem i obudzi srogą babusię, on odwraca się, jakby nigdy nic. Ukraińskie dzieci to twarde sztuki! Kapituluję. Schodzę, a potem, korzystając ze zwisających z naszych rowerów papierowych taśm do zlepienia otaczającej je folii, przyczepiam do każdego samolotu żółty klejący pasek i przylepiam obok siebie tak, by zwisały w dół. Slavik z wprawą przyszłego Kliczki zaczyna je boksować, a gdy odpadają pod naporem jego pięści, przynosi mi do naprawy. Z łóżka przenosimy przylepce na stolik i zabawa trwa w najlepsze. W końcu zaczynamy w oknach samolotu rysować pasażerów i – by nie było nudno – zwierzęta. Z kotkiem jakoś idzie, jednak gdy mały życzy sobie żabkę, ciocia ze swym antytalentem malarskim musi jakoś wybrnąć z sytuacji. Maluję węża i Slavik cieszy się i chwali potem babci, że miał w oknach żmije.

Kolejna pasażerka przyłącza się do zabawy, gdy Slavik staje na środku przejścia i puszcza samolociki w stronę ludzi. I tak oto sąsiedzi z najbliższych plackart łączą się, by zapewnić rozrywkę Slavikowi. Bez zabawek, czy elektronicznych cacek, nawet bez znajomości języka, bo dziecięcą paplaninę chłopca jeszcze trudniej zrozumieć, niż ukraiński dorosłych. Wystarczyła kartka papieru i odrobina uwagi, by babusia mogła sobie spokojnie pospać przez długie popołudniowe godziny.



Rowerowa Azja - spis treści
Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.