W Krainie Wygasłych Wulkanów
Pogórze Kaczawskie
19 VI - 22 VI 2014



Dzień 1
19 VI 2014



→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Są jeszcze w Polsce miejsca, gdzie życie toczy się swoim rytmem, powoli, nieśpiesznie, pozostawiając gdzieś z boku powszechną nerwowość, pośpiech i zabieganie. Małe wioski pełne śladów przeszłości, niewielkie miasta z ciekawymi zabytkami, wąwozy, urokliwe krajobrazy i stożki po wygasłych wulkanach - tak kojarzy nam się Pogórze Kaczawskie po czerwcowym przemierzaniu tamtejszych dróg i ścieżek.




Na pierwszy nocleg wybieramy miejsce o ładnie brzmiącej nazwie - Przełęcz Pojednania. Kangur pnie się powoli szutrową drogą na wzgórze, gdzie z ziemi wyrasta biały Pomnik Zgody. W sąsiedztwie krów pozostawiamy nasz samochód i już rowerami zjeżdżamy w stronę Nagórnika.




Przed nami rozciągają się zielone pola poprzecinane wzorami jak boiska sportowe.







Mijamy kolejne wioski zatopione w czerwcowej zieleni, z przydrożnymi kapliczkami i pomnikami przypominającymi o historii tej ziemi.
















Przez Domanów i Pastewnik przemykamy szybko lokalizując na wzgórzu ruiny kościoła.










Naszym celem jest Kolonia Pastewnik - maleńka miejscowość z kilkoma domami, rozległymi łąkami i sielską atmosferą wczesnego lata. Na horyzoncie bieleje wielka kula burzowego radaru, a my nie odmawiamy sobie przyjemności posiedzenia na trawie wśród kwiatów wprost z babcinego ogródka.










Żegnając rozlegle widoki przywodzące na myśl Beskid Niski zjeżdżamy lasem na Przełęcz Rochowicką i mijamy ruiny zamku Niesytno.







Za miejscowością wjeżdżamy na pylistą drogę, którą prowadzi żółty szlak do Mysłowa.







Ta przed samą wioską niknie w wysokich trawach, przez które ciężko przebić się naszym dwukołowcom. Nasz kolejny cel jest już jednak w zasięgu wzroku - to ruiny wiatraka, skąd widzimy doskonale góry nad Wojcieszowem - Połom i Miłek.







Właściwie to tam mieliśmy dojechać, ale plany weryfikuje nam skręt w inną dróżkę niż planowaliśmy.







Ścieżką rowerową przez Okrajnik docieramy w końcu do Radzimowic mijając po drodze kamieniołom, wejście do sztolni i ruiny huty.




A w Radzimowicach, po wspięciu się tu stromą kamienistą szutrówką szlakiem dawnego górnictwa, czeka nas chwila wytchnienia i długi zjazd w stronę Mysłowa z pałacem uwięzionym za płotem z napisem: "Teren prywatny. Wstęp wzbroniony".







"Ale lipa" - myślę, pedałując w stronę, nomen omen, Lipy. Przy drodze, ukryte za zaroślami, sterczą ruiny wapiennika, a w samej wiosce pozostałości zamku. Powstał on na przełomie XIII i XIV wieku i pełnił funkcję strażnicy.







W kolejnej wsi, Jastrowcu, oglądamy kościół i pałac, by na dłużej zatrzymać się w Pogwizdowie. Znajdują się tu dwa kościoły i ukryta wśród wysokich traw dawnego cmentarza ewangelickiego opuszczona kaplica grobowa. Jakaś szczególna atmosfera tu panująca skłania mnie do szybkiego odwrotu i dołączenia do Roberta, który czeka już przy głównej drodze.
















Czas na powrót, bo dzień chyli się już ku zachodowi. Pedałujemy więc wytrwale w stronę Bolkowa, mijamy ruiny zamku Świny, a przez sam Bolków tylko przemykamy, gdyż miasteczko ze słynnym zamkiem zwiedzaliśmy już kiedyś.










Przez Wierzchosławice i Półwsie dojeżdżamy do Nagórnika, skąd czeka nas mozolny podjazd na Przełęcz Pojednania.




Akurat słońce zachodzi barwiąc świat na różowo, a my rozpalamy ognisko przypieczętowując dzień smakowitą kiełbasą z patyka.













Dzień 2
20 VI 2014



→ Zobacz trasę na pełnym ekranie




Kolejny dzień wstaje nijaki. Burzowe chmury piętrzą się nad przełęczą, a deszcz łapie nas bardzo szybko - w Gostkowie, dokąd zjeżdżamy zapakowawszy rowery do kangurzej torby.







Gostków wart byłby dłuższej wizyty, niestety kapiąca na głowę woda sprawia, że w przyśpieszonym tempie oglądamy ruiny kościoła ewangelickiego przy wtórze głośnego ujadania miejscowego burka, który widocznie też wkurza się na dżdżystość i nas - intruzów kręcących się wokół niedostępnych legalnie ruin, którzy zapadają się w zielsko zrujnowanego cmentarza z kaplicą i ziejącymi pustką dziurami grobów.




Nad wsią bieleje ruina wiatraka-holendra. Mokre gałązki chłostają mi nogi, gdy zaglądam do środka. Co tu kiedyś było - jakiś klub, kawiarnia?




Z góry byłby niezły widok na okolicę, gdyby tylko pogoda była lepsza i nie zalewała mi obiektywu. Przestaje padać, gdy zatrzymujemy się w Starych Bogaczowicach przy kaplicy św. Anny, skąd jest przyjemny widok na wioskę. W polach stoi kolejna ruina wiatraka, ale za nic nie udaje nam się do niego dostać.




Szukamy jakiejś bocznej drogi, by podjechać jak najbliżej, w końcu pytamy miejscową, która stwierdza, że wiatrak stoi w polach i nie ma tam żadnego dojazdu. Na szczęście z drogi na Chwaliszów widać w oddali ceglaną ruinę, wysiadamy więc, przeskakujemy rów i idąc wzdłuż pola szukamy najlepszego miejsca do obserwacji.







Szosą w dole przejeżdża wolno terenówka, by za chwilę zawrócić i zatrzymać się tuż przy nas. Już myślimy, że jakiś gospodarz przywita nas wiązanką za deptanie jego własności, okazuje się jednak, że nie. Choć to faktycznie gospodarz i właściciel tych pól, nie ma wcale srogich zamiarów. Wręcz przeciwnie - jakiś sąsiad widział nas idących wzdłuż jego rzepaku i poinformował go, że chyba ma kontrolę z urzędu. Facet wsiadł więc w samochód, by sprawdzić, kogo to znów przywiało na jego włości. Po wyjaśnieniu nieporozumienia nawiązujemy długą rozmowę - o bzdurnych przepisach unijnych, polityce szkodzącej Polsce i protestach w Warszawie naszego nowego znajomego. Pokazuje nam zdjęcie z kirem na kosie z tamtejszego marszu co chwilę powtarzając: "Obudź się, Polsko!". Ma naprawdę niesamowitą wiedzę i trzeźwe spojrzenie na sprawę.
Po rozstaniu z krewkim rolnikiem ruszamy w stronę Dobromierza. Dziś rezygnujemy z rowerowania na rzecz turystyki dreptania. Zaczynamy od Jawora - miasta z zabytkiem wpisanym na listę UNESCO. Zanim dotrzemy do Kościoła Pokoju, mijamy rynek z ratuszem i kolorowymi kamieniczkami.










Kościół Pokoju powstał na mocy traktatu pokojowego kończącego wojnę trzydziestoletnią.







Zbudowano go z drewna, gliny i słomy na ówczesnych przedmieściach. We wnętrzu mogącym pomieścić 6 tys. wiernych znajdują się czteropiętrowe empory ozdobione malowidłami przedstawiającymi sceny biblijne, godła cechowe i wizerunki herbów okolicznych możnowładców.







Zaglądamy też do kościoła św. Marcina z basteją Anioła i do zamku.










Zamek wydaje się mocno zaniedbany. Jedynie jego fragmenty są odrestaurowane i mieszczą w sobie galerię i punkt widokowy na miasto.













Po miejskich atrakcjach czas odetchnąć na łonie natury. Stąd tylko rzut kamieniem dzieli nas od Myśliborza z zabytkowym pałacem i Wąwozu Myśliborskiego. Szlak prowadzi nas wzdłuż potoku Jawornik i niezliczonych skał piętrzących się nad naszymi głowami.




Drugim miejscem odwiedzonym przez nas w czasie spaceru po okolicach są Małe Organy Myśliborskie - bazaltowe słupy odsłonięte na wzgórzu Rataj.







Na szczęście pod wieczór rozpogadza się i ze szlaku mamy okazję podziwiać rozległe widoki.










Wracamy malowniczą aleją do Jawora.













Potem przemykamy przez Stary Jawor, by zatrzymać się przy pomniku Bitwy nad Kaczawą z widokiem na rewelacyjnie położoną miejscowość Słup.







Znajdująca się wśród wzgórz wioska z widocznym z daleka kościołem przypomina nam jakieś francuskie miasteczko rozświetlone promieniami wieczornego słońca.




Przed wsią na górce stoi nieczynny wiatrak. Świetny jest tu punkt widokowy na okolicę żółtą od zachodzącego słońca.













Zapada noc, więc okrążamy tutejszy zalew próbując znaleźć dogodne miejsce na nocleg, nieskutecznie jednak.




W końcu lokalizujemy mały parking przy drodze, który będzie naszą miejscówką przez kolejne dwie noce.






→ Dwa kolejne dni wyjazdu