Maroko,
czyli Afryka dzika dawno odkryta
17 V – 2 VI 2015


Czwórka z przodu
Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.)




→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Dzień 2 - 19 V 2015
Refuge du Toubkal - Jebel Toubkal - Refuge du Toubkal - Imlil



Noc w schronisku okazuje się beznadziejna. Wbrew opiniom z Internetu, każącym nastawiać się na chłód (bądź co bądź jesteśmy już na wysokości 3200 m n.p.m), w wieloosobowej sali jest koszmarnie ciepło i duszno. Na domiar złego dostajemy łóżka od razu koło drzwi i kręcący się po pokoju turyści nie ułatwiają zasypiania. To ktoś wchodzi, to wychodzi, a my wiercimy się niespokojnie wiedząc, że każda wyrwana snowi minuta działa na naszą niekorzyść. W końcu zasypiamy, ale nie jest to dobry sen. Co jakiś czas budzę się i w pewnym momencie marzę już tylko o tym, by był ranek.
Z płytkiego snu wyrywają nas o świcie pierwsi wstający. Za oknem ciemność, trudno nawet określić, jaka jest pogoda. Jakoś nie potrafimy zwlec się z łóżek, więc marudzimy jeszcze trochę, a przy okazji oceniamy nasze siły. Nie jest najgorzej, choć połowa naszego duetu cierpi na bóle głowy. Postanawiamy jednak ruszyć. Bez śniadania, co może nie jest rozsądne. Jakoś nie mamy jednak ochoty na to, by coś przełknąć.




Wychodzimy przed schronisko, w ciemny jeszcze poranek. Powyżej, na grani, widzimy czarne sylwetki atakujących szczyt przed nami. Ruszamy i my.




Wariant wejścia na Jebel Toubkal od północy, a zejścia przez południowe Ikhibi, czyli najbardziej popularnym szlakiem, niestety odpada. Po kiepsko przespanej nocy sił nam nie przybyło. Ponadto, jak nam powiedziano, warunki na innych szlakach, poza najbardziej typowym dojściem na wierzchołek, są jeszcze dość zimowe, a my nie mamy odpowiedniego sprzętu (raki i kijki nie przejdą w bagażu podręcznym Ryanaira ;)). Nie nastawialiśmy się jednak na gruntowne poznawanie tych gór, więc wejście i zejście tym samym szlakiem jakoś specjalnie nas nie martwi. Grunt, żeby w ogóle zdobyć wierzchołek.




Przejście przez strumień koło wodospadu, nad schroniskiem, okazuje się bardzo łatwe – nie musimy schodzić do wody i szukać kamienia na środku koryta. Wszystko przysypane jest jeszcze śniegiem, po którym przechodzimy jak po szerokim moście. Potem rozpoczyna się wspinaczka – częściowo po śniegu, częściowo po piargach. Idziemy powoli, bo na więcej nie pozwala zmęczenie spowodowane wysokością. Wybraliśmy sobie jednak odpowiedni moment na wyjście. Po chwili pierwsze promienie słońca oświetlają wierzchołki gór.













Piękne poranne światło towarzyszy nam jeszcze przez jakiś czas.










Powoli świt ustępuje dniowi, a góry wyłażą z nocnego cienia. Mija nas grupka turystów z psem, tłumów jednak nie ma. Większość już wyruszyła przed nami wiedząc, że szczyt najlepiej atakować przed południem. Potem pogoda może nie być już tak stabilna.







Idziemy teraz żlebem korzystając z wydeptanych w śniegu schodków. Śnieg jest jeszcze dość ubity i zmrożony po nocy, dlatego przygotowane przez poprzedników stopnie zdecydowanie ułatwiają wspinaczkę do góry.







Im wyżej, tym śniegu mniej. Pół biedy, jeśli zdarzają się większe kamienie. Gorsza sprawa jest z osypującymi się piargami. Można się po nich ślizgać jak po lodzie.




W końcu wychodzimy na małe wypłaszczenie, a przed nami rozpościera się wielki piargowy kocioł przed przełęczą Tizi-n-Toubkal.




Im wyżej, tym bardziej sił ubywa. Trasa na szczyt nie jest długa, trzeba jednak pokonać blisko 1000 metrów przewyższenia. Wleczemy się więc noga za nogą przysiadając co chwila na kamieniach. Straszne z nas słabeusze… Opracowuję nawet swoją metodę 50 kroków, by jakoś przeć do przodu. Po każdym odpoczynku zaczynam liczyć kroki. Pierwsze dziesięć mija bez problemu. Po czterdziestu zaczynają się problemy, więc już wypatruję, gdzie by tu można odpocząć, gdy cudem dobiję do pięćdziesiątki.
W końcu wdrapujemy się na przełęcz, by skręcić w lewo, wprost na Jebel Toubkal. Im wyżej, tym widoki ładniejsze. Szczególnie ładne się nam wydają, gdy podziwiamy je z pozycji siedzącej ;). W dole, po lewej, pozostawiliśmy przełęcz, a na wprost wije się ścieżka prowadząca na Zachodni Toubkal.




Stąd ma już być blisko, nadal jednak nie widzimy charakterystycznego oznacznika na szczycie wskazującego, że cel jest już w zasięgu ręki (a przynajmniej wzroku). Nie, nie poddajemy się jednak.




Gdy za kolejnym zakrętem widzę wreszcie metalową konstrukcję gdzieś w oddali, za przepaścią, po prawej, ogarnia mnie zniechęcenie. Jak to jeszcze daleko!




Pozory jednak, na szczęście, mylą. Po krótkiej chwili wychodzę na wypłaszczenie, a przede mną rysuje się trójkątny oznacznik szczytu. To przecież już tylko kilka kroków ode mnie! Raz, dwa, trzy, pięć – i już 4167 metrów leży u moich stóp!







Uff, udało się! Nie było łatwo, trasa zajęła nam sporo czasu, stanęliśmy jednak na szczycie!




Tu pozwalamy sobie na dłuższy odpoczynek i podziwianie rozległych panoram. Widoczność nie jest rewelacyjna, dalsze plany spowija mgiełka, widać jednak dostatecznie dużo, by czuć się ukontentowanym. Na szczycie nie ma też tłumów, możemy więc w spokoju odpoczywać i sycić oczy Atlasem Wysokim.










Od zachodu zaczynają nadpływać gęste chmury osadzające się na brzuchach wierzchołków. Ze zsiadłego chmurzastego mleka wyłaniają się tylko czubki.










Ponad dobę temu opuściliśmy Marrakesz, pokonując przez ten krótki czas różnicę wzniesień wynoszącą 3700 metrów. Szczyt udało zdobyć się w dwa dni, dziś też chcemy zejść do Imlilu i wrócić do Marrakeszu, choć większość radzi, by rozbić tę trasę na 3-4 dni z dodatkowym noclegiem w Imlilu w pierwszym dniu, dojściem do schroniska w drugim, atakiem na szczyt w kolejnym i zejściem do Imlilu w czwartym dniu. Obiektywnie rzecz biorąc ma to sens, bo człowiek stopniowo oswaja się z wysokością. Gdybyśmy wychodzili ze schroniska jutro, pewnie o wiele lepiej byśmy się czuli. Teraz będziemy jednak już tylko schodzić, liczymy więc na przypływ sił wraz ze spadkiem wysokości.













Początkowo nie jest lepiej. Mam taką samą ochotę na częste odpoczynki, jak przy podchodzeniu. Tempo, siłą rzeczy, mamy jednak lepsze i stopniowo wytracamy wysokość.










W dolinie przed nami coraz więcej mgieł. Od północy nadchodzą chmury urozmaicając nam znaną już trasę w dół. Przechodzimy dość sprawnie przez wyjątkowo strome piarżysko za przełęczą Tizi-n-Toubkal, odpoczywamy chwilę przy wielkich głazach nieco niżej, aż w końcu w dole widzimy już budynki schronisk.




Na końcu czeka nas jednak zdecydowanie najgorsze, strome zejście wśród osypujących się kamieni. Udaje się je pokonać bez żadnego upadku i już po chwili przekraczamy strumień przy wodospadzie.







Siadamy przed Refuge du Toubkal, by wzmocnić się nieco przed schodzeniem w dół.




Niestety, o tej porze można zamówić tylko omlety, rezygnujemy więc ze schroniskowego jedzenia, posilając się pozostałym nam z wczorajszej kolacji kurczakiem. Kupujemy tylko herbatę miętową, która świetnie gasi pragnienie i naprawdę wzmacnia (przetestowane pierwszego dnia w Marrakeszu).




Nieco obawiam się, jak to będzie z zejściem, gdy trzeba będzie znów założyć plecak (na szczyt wchodziliśmy na lekko) i schodzić wiele kilometrów w dół. Moje obawy okazują się, na szczęście, nieuzasadnione. Jakoś przybywa nam sił i droga na dół przebiega bez problemów.
Najpierw pozostawiamy za sobą oba schroniska. To pierwsze, większe, to Les Mouflons. Z tyłu przyczaił się Refuge du Toubkal.










Potem wchodzimy w mgłę.




Dobrze, że mogliśmy docenić piękno tej trasy podczas wczorajszego podejścia. Dziś ta mgła nam nie przeszkadza, pozwala za to zwrócić uwagę na inne, przeoczone wcześniej szczegóły. Na przykład na zielone kłujące rośliny, które wyjątkowo mi się podobają.




Stopniowo nabieramy tempa i zostawiamy za sobą kolejne kilometry.




Mijamy wioskę marabuta, gdzie ponownie wypijamy szklankę orzeźwiającego soku.







Potem ciągle w dół, aż do rozległej doliny z rzeką, którą tym razem przekraczamy jeszcze większą ilość razy, by przejść na przeciwległy brzeg i spojrzeć na Aremd z innej perspektywy.




Stąd szutrówką i zakosami w dół schodzimy w okolice kazby w Imlilu, żegnając ukryte w chmurach wierzchołki.










Już dawno zdaliśmy sobie sprawę, że z powodu późnej pory nie znajdziemy żadnego transportu do Marrakeszu. Po dojściu do wioski zaczynamy więc poszukiwania noclegu. Idzie nam dość sprawnie i już po chwili rozkładamy się w schronisku Imlil. Od dopiero miesiąca prowadzi je młody, sympatyczny chłopak, który przygotowuje nam najlepszą harirę i najlepszego tadżina, jakie jedliśmy podczas całego wyjazdu do Maroka. Wybór tego miejsca okazał się strzałem w dziesiątkę! Gdyby nie to jedzenie, nie wiedzielibyśmy, że tadżin może tak dobrze smakować, gdyż ten ze zwykłych restauracji był bardzo przeciętny. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że nie ma to jak domowe jedzenie.
Nasz sukces wieńczymy więc sutą kolacją. A co, należy nam się! Nie jesteśmy w stanie nawet dojeść olbrzymiej wazy hariry - zupy z ciecierzycy. Za to wcinamy całego tadżina z kofte i jajkiem! A na deser dostajemy owoce i marokańską whisky – herbatę z dodatkiem zielonej mięty.







Noc przesypiamy spokojnie w skromnym, lecz czystym i przewietrzonym pokoiku, by rano znaleźć grand taxi do Marrakeszu i po kolejnym dniu w tym mieście ruszyć dalej. Kierunek – Sahara!