Maroko,
czyli Afryka dzika dawno odkryta
17 V – 2 VI 2015


Czwórka z przodu
Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.)




→ Zobacz trasę na pełnym ekranie




Dzień 1 - 18 V 2015
Imlil - Refuge du Toubkal



Wąska kamienista dróżka wije się przede mną i nieznacznie wznosi. Długie cienie kładą się u podnóża gór – znak, że już późno i zaraz słońce zacznie złocić szczyty otaczających mnie wierzchołków. A schroniska jak nie widać, tak nie widać, za to dolina nie chce się za nic skończyć. A mnie ciąży już plecak i coraz trudniej stawiać kolejne kroki na prostej przecież górskiej trasie. Wysokość i zmęczenie robią jednak swoje.







A jeszcze wczoraj rano byliśmy w Londynie, by kilka godzin później zanurzyć się w świat gwarnego Marrakeszu. Po nieprzespanej nocy ruszyliśmy na podbój Afryki doświadczając po raz pierwszy tego nieznanego nam jeszcze kontynentu. Pierwsze wrażenia, pierwsze zapachy, smaki, chaos na ulicach, ciasne uliczki medyny i labirynt suków, w których giniemy na dłuższy czas nagabywani przez kolejnych handlarzy. I gorąc, mimo że to dopiero połowa maja. Dzień skończyliśmy na słynnym placu Dżemaa el-Fna, a potem wskoczyliśmy do łóżek w naszym dusznym hoteliku przy jednej z bocznych uliczek. Rano czeka nas przecież wczesna pobudka i dojazd do Imlilu – wioski, skąd zaczniemy nasz szlak na najwyższy szczyt Maroka i całej Afryki Północnej – Jebel Toubkal.
Sam Imlil to niewielka miejscowość gdzieś w sercu Atlasu Wysokiego. Docieramy tu grand taxi, czyli taksówką - starym mercedesem, w którym, oprócz kierowcy, mieści się sześć osób. Wyjątkowo dziś jedziemy w piątkę, choć na naszym tylnym siedzeniu obłożenie jest jak zwykle – cztery osoby. Z uwagą śledzę zmieniające się za oknem krajobrazy i poprawiającą się z momentu na moment pogodę. Wreszcie docieramy do Imlilu, gdzie przy głównej ulicy skupia się całe życie miejscowości.




Zjadamy szybkie śniadanie w jednej z kafejek i ruszamy powoli w górę wioski.







Pochmurny poranek, który zastał nas w Marrakeszu, ustępuje miejsca słonecznemu dniowi. Jest ciepło, wyjątkowo ciepło, więc z ulgą witamy zacieniony lasek, który wyprowadza nas w pobliże kazby na końcu wioski. Na uliczkach – ruch. To miejscowe dzieciaki wracają ze szkoły. Dla mnie to nowość, bo dotychczasowe moje dłuższe wyjazdy odbywały się wyłącznie w wakacje.




Idziemy wzdłuż wąskiego kanału, którym poprowadzono wodę. Gdy więc na rozwidleniu mamy do wyboru dwie drogi, wybieramy tą idącą wzdłuż strumienia. Przynajmniej przez jakiś jeszcze czas będzie nam chłodniej. Wkrótce docieramy zresztą do niewielkich kaskad, nad którymi ulokowała się kawiarnia. Ludzi tu już więcej, bo rzeczywiście miejsce jest dość urokliwe.













Potem jeszcze krótkie, strome podejście laskiem i wychodzimy wśród domów kolejnej wioski – Aremd. Jesteśmy wyżej, więc i widoki coraz bardziej rozległe.




Po drugiej stronie widzimy zygzaki naszej alternatywnej trasy. Rozdziela nas od niej głęboki kanion, którym płynie rzeka tworząca niżej owe kaskady, które niedawno opuściliśmy. Obiecujemy sobie, że tą trasą będziemy wracać.




Przemykamy szybko między domami Aremd i wreszcie otwiera się przed nami widok na najwyższe szczyty Atlasu.




Drogą przed nami idą znów dzieciaki. Szutrówka kończy się tu niezabezpieczoną krawędzią, a w dole rozpościera się głęboki kanion rzeki. Niektóre z dzieci są całkiem małe i nikt im nie towarzyszy, nie prowadzi za rękę. Nie do pomyślenia w Europie, gdzie pozostawienie bez opieki malucha nosi znamiona przestępstwa. A tu – nic złego się nie dzieje. Droga małych Marokańczyków do domu jest oczywiście długa – wygłupiają się, przekrzykują ,biją, jak to dzieci. Dwie objęte dziewczynki zeskakują w rytm jakiejś wyliczanki ze schodków. Jeden z malców kuca nad niewielką kałużą, zanurza w niej rękę i moczy włosy przyklepując je na czubku głowy. Mały elegant! (Chwilę później ten elegant rzucił we mnie pustą plastikową butelką, a potem z filuternym uśmiechem pobiegł w stronę domu i schował się za ogrodzeniem uradowany niezwykle ze swojego kawału).







A my zostawiamy za sobą Aremd z domami przylepionymi do zbocza jak ule.




Przed nami dolina rozszerza się, góry stają się potężniejsze, aż człowiek zaczyna czuć się malutki wobec ogromu skalnych szczytów.




Idziemy teraz rozległym korytem rzeki. Teraz coś jeszcze tu płynie, dlatego co jakiś czas musimy szukać przejścia na drugą stronę.




Coraz bardziej oddalamy się od Aremd, które niedługo staje się ciemniejszą plamą na tle gór.




Wkrótce kończy się też dolina. Zaczynamy wspinać się w górę.







Obawiałam się, że gorąco odbierze nam sporo sił. Jesteśmy już jednak na takiej wysokości, że powietrze jest dość rześkie i upał tak bardzo nie daje się we znaki. Nie znaczy to, że pomykamy ochoczo w górę. Plecaki, jak to plecaki, ciążą jednak, a i zwiększająca się stopniowo wysokość robi swoje. Nie korzystamy jednak z podwózki naszych bagaży, choć schodzący z góry przewodnicy nieraz nam to proponują.




Za sobą zostawiamy dolinę.




Przed nami – już tylko góry.




Stopniowo zdobywamy kolejne metry, a widoki stają się coraz ciekawsze. Co jakiś czas mijają nas schodzący już z góry turyści, Marokanki w klapkach wracające z wioski lokalnego świętego, do której teraz zmierzamy lub tragarze z obładowanymi bagażami mułami. Nikt nie idzie w górę, bo wyruszyliśmy dosyć późno z Imlilu.










Wreszcie zza kolejnego zakrętu wyłania się mała wioska ukryta wśród olbrzymich głazów – Sidi Chamharouch.




Z daleka domostwa nikną niemal na tle zbocza, upodobniając się do skał. Znajduje się tu mały meczet i grobowiec marabuta – lokalnego świętego.




Jesteśmy już na wysokości 2350 metrów i czas na odpoczynek. Nad strumieniem z kaskadami wypijamy szklankę świeżo wyciskanego z pomarańczy soku. Skórki też się nie marnują – żywi się nimi akurat jeden z mułów korzystający, jak my, z chwilowej przerwy.







Długa droga jednak przed nami i wreszcie trzeba się zbierać i iść dalej. Wyżej i nieco bardziej stromo.




Gdzieś na końcu tej doliny będzie schronisko. Sporo jeszcze jednak drogi do niego, a sił zaczyna ubywać. Każde zatrzymanie się na zdjęcie to chwilowa ulga – można na moment postać i odpocząć. Dawno żadna trasa tak mnie nie wykończyła – ostatnio podobne zmęczenie na niezbyt stromej przecież ścieżce odczuwałam przy podejściu do bazy pod Kaçkar Dağı w Turcji. To ten sam rodzaj znużenia spowodowany wysokością. Wyjątkowo wkurzający, bo człowiek wlecze się noga za nogą i co jakiś czas wypatruje większego kamienia, który stanie się na moment dogodnym siedziskiem.




Droga, jak łatwo przewidzieć, dłuży się. I zapada wieczór.










Słońce oświetla teraz tylko przeciwległe szczyty. Nasza ścieżka pogrążona jest już w cieniu.




Tam, gdzie zmierzamy, jest jeszcze słońce. Iść, ciągle iść, w stronę słońca, choć kusi już każdy większy kamień.




Wreszcie na horyzoncie ukazują się szare budynki schronisk. Najwyższy to już czas, bo słońce niedługo zajdzie.




Zaglądamy na moment do droższego ze schronisk, Les Mouflons, by w końcu zająć łóżka w wieloosobowej sali w tańszym i bardziej klimatycznym schronisku francuskiego klubu alpejskiego Le Refuge du Toubkal.




Zjadamy sutą kolację i kładziemy się spać, bo jutro czeka nas atak szczytowy. O ile pogoda i siły pozwolą. Mając w pamięci moje problemy z chorobą wysokościową na Aragacu w Armenii, zostawiamy sobie w zanadrzu jeden dodatkowy dzień, gdyby jutro nie udało się wyjść na szczyt. Na razie Robert odczuwa tylko lekki ból głowy, poza tym czujemy się całkiem dobrze. Pełni nadziei, że jutrzejszego dnia się uda, usiłujemy zasnąć w naszym schroniskowym pokoju.