Majówka na Bornholmie
28 IV - 5 V 2012

28 - 30 IV

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Piątek, 27 IV. Po południu wyjeżdżamy, by zdążyć na sobotni poranny prom z Kołobrzegu. Nie tak powinna jednak wyglądać pierwsza fotografia z tej podróży. Gdy ruszamy spod bloku, szarpie nam autem, w środku zaczyna coś stukać, a gdy podjeżdżamy szybko pod jakiś warsztat z nadzieją, że to drobna usterka, po paru godzinach czekania słyszymy werdykt - alternator do wymiany, nic się nie da zrobić. Sytuacja jest jeszcze o tyle niezręczna, że nie możemy wziąć z Wrocławia umówionej pary turystów. Kangur, jak widać na zdjęciu, zostaje na noc w warsztacie, a my wracamy do domu. Do Żeglugi Kołobrzeskiej nie możemy się dodzwonić, by przebukować bilet, bo jest za późno. Pech dopiero zaczyna nas jednak prześladować, gdyż niedzielnego rejsu, na który mamy nadzieję zdążyć, nie ma już na stronie internetowej. Rano dzwonimy i okazuje się, że wyjątkowo cały katamaran został wynajęty i już nie ma miejsc. Możemy jednak zaryzykować i przyjść na poranną odprawę. Jeśli jacyś pasażerowie się nie pojawią, może załoga nas zabierze.




Rano dzwonimy też do mechanika - udało mu się na szczęście wymienić alternator. Na zdjęciu - sprawca naszego nieszczęścia. Pech jednak nie chce nas opuścić. Najpierw bankomat wypluwa nam kartę bez gotówki, potem, już w warsztacie, odpalamy nasz zreanimowany samochód, który... znów gaśnie. Mechanik znowu dłubie przez godzinę, ale usterki nie jest w stanie wyeliminować. Na szczęście jesteśmy w stanie z nią jechać, jednak przez wyjazdem kolejny raz musimy wracać do domu, by załatwić jeszcze drobiazgi z samochodem. Wreszcie koło 14 w sobotę ruszamy. Po drodze bierzemy na stopa parę z Krakowa i razem podróżujemy aż pod Wrocław.




Cały dzień schodzi nam na dojazd. Tu - podwieszony most we Wrocławiu.




Dom Kultury Kolejarza w Lesznie. Obok rzeźby stary semafor.




Wiatrak - koźlak w miejscowości Kościan.




Zamek Cesarski w Poznaniu. Zatrzymujemy się tu na krótką przechadzkę po rynku i na dobrą kawę. Grubo po północy docieramy na parking w Kołobrzegu, gdzie na te kilka dni zostawiamy nasz samochód. Po krótkiej drzemce, wcześnie rano, wstajemy.




Niedzielny poranek, 6 rano, katamaran "Jantar" na kołobrzeskim nadbrzeżu. Czy uda nam się załapać na dzisiejszy rejs? Dowiadujemy się, że w związku ze zlotem morsów z północy kraju, nie ma już na dziś miejsc i nie wezmą nas nadprogramowo. Zbliża się bowiem Euro i Duńczycy zaostrzyli kontrolę. Załoga jest jednak bardzo miła, a pan armator każe nam czekać do godziny wypłynięcia, bo może ktoś się nie pojawi. Jak na szpilkach czekamy do siódmej i...




Hurra! Płyniemy! Każą nam wsiadać, a my już czujemy wiatr we włosach.




Żegnaj, Polsko, udało się!




Nasze rowery, jako ostatnie, zostały załadowane na prom. Pełno tu jednak innych, bo Bornholm to raj dla rowerzystów. Naszą radość psuje jednak trochę zachowanie morsów. Wyobrażałam sobie, że jak już ktoś lubi zanurzać się w lodowatej wodzie, to żyje zdrowo i coś sobą prezentuje. Niestety, z części morsów wyłazi wiocha... Latają po katamaranie z piwem w ręku, są hałaśliwi, a wreszcie jeden zaczyna łazić obok nas na czworakach szukając schodów.




Początek rejsu to zwiedzanie katamaranu. Trochę zaczyna trząść, fale pryskają na pokład, a wtedy robią się na moment piękne tęcze. Niestety, po godzinie mam już dość. Nie ja jedna zresztą. Nie bez przyczyny "Jantar" nosi inną, mniej oficjalną nazwę - "Rzygownik". Załoga lata z woreczkami, przy przechyłach słychać dźwięk tłuczonego szkła, nawet morsy milkną, ja się zastanawiam, jak przeżyję te kilka godzin, gdy nagle słyszymy decyzję kapitana - katamaran ze względu na silne fale zawraca do Kołobrzegu i dziś już nie wypłynie...




Pech jak widać nie został w Krakowie, tylko nadal nas ściga. Zastanawiamy się, czy to zbieg okoliczności, czy coś nam mówi, żeby na ten Bornholm nie płynąć. Bez problemu możemy przebukować bilety na poniedziałek, ale jesteśmy już tak zdesperowani, że zastanawiamy się, co dalej. Zresztą sytuacja ta uświadamia nam coś jeszcze - może popłyniemy na Bornholm kolejnego dnia. Ale czy wrócimy z niego w sobotę? A wrócić musimy, bo na poniedziałek muszę być w pracy i jest to sprawa życia i śmierci. Robimy wywiady wśród załogi, rozpytujemy o pogodę, zastanawiamy się, czy nie wracać już teraz i nie jechać w góry (te nas nigdy nie zdradzą!), przejechaliśmy jednak całą Polskę, by dotrzeć do Kołobrzegu, szkoda więc nam wracać znów na południe. Wreszcie decydujemy - przekładamy bilety na jutro. W tym miejscu duże ukłony w stronę Kołobrzeskiej Żeglugi Pasażerskiej - panowie są rewelacyjni! Sam armator zaproponował, że możemy przenocować na katamaranie, bo pewnie nie mamy noclegu, na co skwapliwie przystaliśmy.




Decyzja podjęta, jednak to nas nie uspokaja. Ciągle w pamięci mam słowa armatora, który tak skwitował nasze wypytywanie o pogodę: "Podatki są pewne, śmierć jest pewna, pogoda niestety nie". Zastanawiam się, co będzie, jeśli jutro znów nie wypłyniemy i postanawiam: wtedy już na pewno wracamy na południe. Za to teraz cała niedziela przed nami. Możemy coś pozwiedzać. Jesteśmy jednak tak niewyspani, że nie mamy sił na nic. Trochę kręcimy się po Kołobrzegu w okolicach latarni morskiej. Cały dzisiejszy dzień będzie zresztą sentymentalnym powrotem do przeszłości, bowiem w samym Kołobrzegu i jego okolicach spędzałam wakacje jako dziecko.




Pomnik Zaślubin Polski z Morzem.




Plaże w okolicach Grzybowa. Jest zimno i wietrznie.




Po kilkugodzinnej drzemce w samochodzie wychodzimy nad morze.




Zaglądamy również do Trzebiatowa. Kiedyś stąd jeździłam wąskotorówką do Rewala.







Pałac nad Regą w Trzebiatowie.




Baszta Kaszana. Znana jest przede wszystkim z legendy, według której w XV wieku jeden ze strażników pilnujących w nocy murów miał upuścić z wieży misę z gorącą kaszą. Spadła ona na głowę jednego z gryficzan szykujących się do szturmu na Trzebiatów. Wypadek ten ocalił miasto przed podstępnym atakiem. W związku z legendą o Baszcie Kaszanej w Trzebiatowie co roku w okresie letnim odbywa się festyn Święto Kaszy (za Wikipedią).




Są lumpy i lumpiki...




Tajemnicze sgrafitto z 1635 roku na ścianie jednej z kamienic przedstawiające poganiacza ze słoniem.




Plaża w Pobierowie. Jest tak zimno, że szybko zmykamy do samochodu.




Patrząc na wysokie fale przestajemy się łudzić. Już zaczynam się zastanawiać, gdzie pojedziemy w góry.




Trzęsacz i biedne resztki kościoła. Pamiętam z dzieciństwa te ruiny jeszcze bez umocnień i z jedną ze ścian, która runęła w latach 90.




Na platformie widokowej tak wieje, że szybko uciekam przed wiatrem między domy.




Droga z Trzebiatowa do Kołobrzegu i jej bardzo malowniczy odcinek.




Kołobrzeska latarnia morska.




Wieczór. Wzburzone morze nie zwiastuje niczego dobrego. Wracamy na katamaran "Jantar"na nocleg, wcześniej jednak prowadzimy rozmowy o życiu i marynarskim losie ze starszym mężczyzną z załogi, który ma dziś wachtę na statku. Rano budzi nas z wiadomością, że morze się uspokoiło.




Hurra! To już Bornholm! Dopłynęliśmy, a podróż minęła bez wyjazdów do Rygi. Chyba już się uodporniliśmy. Teraz pakujemy sakwy na nasze rowery. Ahoj, przygodo!.




Drzwi do Bornholmu... Czeka nas sześć rowerowych dni na wyspie.




Nexo. Stąd zaczynamy objazd wyspy i tu wrócimy za kilka dni na powrotny prom.




Rynek w Nexo z fontanną Trytona. Jest to drugie co do wielkości miasto wyspy, a mieszka tu zaledwie 4 tys. osób. Na Bornholmie wszystko jest bowiem w skali mikro. No, może poza cenami. Te potrafią nieźle trzepnąć po kieszeni przybysza z Polski.




Kościół św. Mikołaja w Nexo. Świątynie bornholmskie są dość charakterystyczne.




Cmentarz przykościelny. Staranne rabatki, kwiaty - widać tu skandynawski porządek.




Wnętrza kościołów też są charakterystyczne. Luterańskie świątynie są pozbawione wielu ozdób. Elementem wyróżniającym jest zazwyczaj bogato zdobiona ambona.




W kościołach przy suficie wiszą repliki okrętów przypominające o wyspiarskim charakterze tego miejsca.




A my powoli wkraczamy w niezwykłą atmosferę Północy i tajemniczą przeszłość sygnowaną przez kamienie runiczne, menhiry i pozostałości po wikingach.




Wybrzeże Bałyku w pobliżu Nexo. Północna i zachodnia część wyspy oferuje skały i malownicze klify, piaszczyste plaże są na południu.




Malkvaern, szaniec w miejscu, gdzie Szwedzi chcieli zrzucić swe wojska w trakcie najazdu w XVII wieku. Pamiątkowy kamień przypomina o śmierci Alberta Wolfsena.




Biel, żółć, błękit.




Wybrzeże Bałtyku - jakże inne od tego znanego nam z Polski.




Bornholm nazywany jest "Majorką północy" lub "Perłą Bałtyku". Legenda mówi, że Bóg stwarzając Skandynawię wziął resztki wszystkich pięknych rzeczy z tego regionu i wrzucił je do Bałtyku. Tak narodził się Bornholm.




Bornholm można objechać samochodem w jedno popołudnie. Rowerem zajmie nam to trochę więcej. Podróż ta to jednak sama przyjemność - na Bornholmie jest ponad 200 km ścieżek prowadzących wokół wyspy i przez jej środek.




Arsdale. Miejscowość słynie z zabytkowego wiatraka holenderskiego.




Wiatrak działał do lat 90. XX wieku. Obecnie znajduje się tu małe muzeum.







Częstym widokiem na Bornholmie są wystawione na ulicach budki z różnymi artykułami i cenami. Obok jest skrzyneczka na pieniądze. Jeśli chcesz coś kupić, wrzucasz tam pieniądze i zabierasz rzecz. Nikt oczywiście tego nie pilnuje. W Polsce coś takiego jest niestety nie do pomyślenia.




Kolejny charakterystyczny element na wyspie - kominy wędzarni.







Maleńki port w Arsdale.




Kolejna miejscowość - Svaneke i latarnia morska w osadzie, jedna z czterech na wyspie.




Strzelające w górę kominy wędzarni to widok częsty na wyspie. Są doskonale widoczne w krajobrazie, gdyż na Bornholmie obowiązuje zakaz budowania domów wyższych niż trzypiętrowe.




Pracownia szkła w Svaneke. Wyspa żyje z turystyki i rolnictwa. Bardzo dużo tu także galerii i różnych artystycznych warsztatów.




Bornholm to także kolorowe domy pomalowane na mocne, intensywne kolory. Co ciekawe, mieszkańcy nie zasłaniają okien. Zaglądanie do środka nie uchodzi jednak za eleganckie.




Fabryka karmelków w Svaneke. Można tu podpatrzeć sam proces wyrobu cukierków. Ceny zdecydowanie jednak nie na polską kieszeń.




Wyraziste kolory domów to znak rozpoznawczy wyspy.




I pustki na ulicach. Jest tu niesamowicie spokojnie. Nie na darmo Bornholm uchodzi za wyspę emerytów.










Nawet kościół w Svaneke ma wyrazisty kolor.




Wędzarnia w Svaneke.




W osadzie znajdują się dwa zabytkowe wiatraki. Ten holender pochodzi z XIX wieku. W tym typie wiatraka porusza się jedynie część dachowa ze śmigłami, a sam wiatrak łatwiej ustawia się do kierunku wiejącego wiatru.




Pomiędzy wiatrakami znajduje się nieczynna już wieża ciśnień przypominająca indiański wigwam. Jej autor projektował także parlament w Kuwejcie i gmach opery w Sydney.




Drugi z zabytkowych wiatraków to koźlak. Cały korpus, do którego przytwierdzone są skrzydła, obraca się w kierunku wiatru.




Listed.




Bornholm to miejsce, gdzie zachowało się najwięcej rytów naskalnych i menhirów w całej Danii.




Tak wyglądają ścieżki rowerowe przy bardziej ruchliwych drogach. Jest tu wydzielony osobny pas dla rowerzystów.










Melsted słynie z Muzeum Rolnictwa. Na Bornholmie jest wiele nietypowych muzeów, bo Bornholmczycy potrafią zrobić coś z niczego. Możemy więc zwiedzić motylarnię czy muzeum traktorów.




Charakterystyczne gospodarstwo na wyspie. Czworokątny wewnętrzny dziedziniec otacza dom i zabudowania gospodarcze. Akurat tu mieszkają ludzie prowadzący tanie pole namiotowe. Jest to więc miejsce naszego pierwszego noclegu.