Yorkshire Wolds i opuszczona wioska
czyli Pogórze Kaczawskie po angielsku
21 VI 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Chyba wszyscy jesteśmy po trosze inżynierami Mamoniami: „Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.”




Zasada inżyniera Mamonia, że lubimy to, co znane, oswojone, już usłyszane, widziane i doświadczone, towarzyszyła mi podczas ostatniego rowerowego rejsu po Yorkshire Wolds. Angielski „wold” to pofałdowany albo wyżynny bezleśny teren, lub, bardziej poetycko, falujący płaskowyż. Ta geograficzna nazwa często spotykana jest na określenie tego typu krajobrazu w całej Wielkiej Brytanii. I właśnie ze względu na te falujące widnokręgi, na brak wrzosowisk, które pewnie są piękne latem, ale od jesieni do wiosny przygnębiają szarością i depresyjnym brązem, Yorkshire Wolds bardzo skojarzyły mi się z Pogórzem Kaczawskim. Oczywiście, nie ma tu tylu drzew, na horyzoncie nie rysują się żadne góry, domy nie przypominają tych z Dolnego Śląska, jednak jakiś nastój, atmosfera i przede wszystkim pora roku, nasunęły mi tę reminiscencję z tamtego roku. Bo wtedy też był czerwiec, w przekwitłym rzepaku też kwitły maki, a pasy i kręgi, jakby po wizycie Ufo, znaczyły zielone łany zbóż. I nawet znalazła się u nas opuszczona wioska. Co prawda nie z czasów powojennych wysiedleń, a ze średniowiecza, ale któż by zważał na takie szczegóły?




Yorkshire Wolds Way to mający 80 mil (129 km) pieszy szlak prowadzący z Hull do Filey na wybrzeżu. Interesowała mnie przede wszystkim jego środkowa część ze wzgórzami i suchymi dolinami. Tutejsze ścieżki nie nadają się jednak do jazdy rowerem, a nawet gdyby, to i tak żaden amator dwóch kółek nie powinien się tam zapuszczać. W Wielkiej Brytanii zasada jest bowiem prosta – jeśli nie można gdzieś jeździć rowerem, to nie można.




Oczywiście istnieje też rowerowy szlak Yorkshire Wolds mający formę pętli i odpowiednio dłuższy, bo 146 milowy, ale jest za długi na jednodniową wycieczkę i akurat nie przebiega przez tereny, które uznałam na podstawie internetowych poszukiwań za obiecujące krajobrazowo.




Trzeba więc było nieco pokombinować i samodzielnie posklejać trasę na podstawie różnych gotowych propozycji i mapy Google. Na szczęście udało mi się trafić na stronę, na której oznaczono fragmenty pieszego szlaku przez Woldsy możliwe do przejechania rowerem. To naprawdę krótkie odcinki, ale akurat ten, który był dla mnie kluczowy, okazał się jednocześnie i pieszy, i rowerowy. W tym momencie poszło już z górki.




Uff, wreszcie z dumą zaprezentowałam Robertowi wyniki mojej pracy – dwie pętelki, północną i południową, przecinające się w miejscowości Thixendale. Gdyby coś poszło nie tak, zawsze można było skrócić trasę po przejechaniu jednej z nich. Długie poszukiwania internetowe zostały zakończone. W Polsce poszłoby pewnie łatwiej, tu, nie znając okolic, muszę każdorazowo szukać interesujących mnie szczegółów. No i oczywiście z każdej informacji turystycznej wychodzę obładowana przeróżnymi ulotkami. Już niedługo przestaną mi się mieścić w specjalnie dla nich przygotowanej szufladzie. Ale ile ciekawych rzeczy jest pominiętych w standardowym przewodniku po Anglii! O Yorkshire Wolds nie ma w nim oczywiście ani słowa, no bo któż pisałby o jakichś nieznaczących wzgórzach gdzieś na północnym wschodzie kraju? Mnie jednak spodobały się o wiele bardziej niż inne opisane w nim atrakcje.




Startujemy zatem w pewien słoneczny czerwcowy ranek. Do samego Thixendale jednak nie dojeżdżamy, bo zatrzymuje nas… droga. Wyjątkowo piękna, wąska i malownicza droga mająca przy okazji dzikie miejsce parkingowe przy skarpie.




Wioska jest gdzieś w dole i na koniec dnia będziemy musieli podjechać aż tu, ale jakoś nas to specjalnie nie martwi – zostajemy! I już na początku mamy to, po co tu przyjechałam – maki. Rosną sobie na polach rzepaku, który tu, w przeciwieństwie do Polski, jeszcze gdzieniegdzie kwitnie.







Są i inne czerwcowe rośliny tworzące różnokolorowe mozaiki.




W dole widać cienką nitkę drogi, którą będziemy wracać. Trochę trzeba będzie się powspinać do miejsca naszego postoju!




Wreszcie parkujemy na dobre. Zdjęcia zrobione, śniadanie zjedzone, sakwy spakowane – czas w drogę. Zjeżdżamy!




Rozpoczynamy od północnej pętli mijając bokiem Thixendale, gdyż przez samą wioskę przejedziemy w powrotnej drodze. Pierwszy podjazd pokonujemy w miarę sprawnie oglądając już z góry kredowe krajobrazy.




Zwyczajowo oczywiście wieje, ale to nic nowego tutaj. Jest dobrze!










Wokoło wszystko faluje. Trawy poruszane wiatrem i pola układające się w esy-floresy lub różnokolorowe desenie.




Stąd niedaleko już do Wharram Percy, opuszczonej średniowiecznej wioski. Prowadzi do niej wąska ścieżyna, więc zostawiamy rowery i ruszamy na krótki spacer po okolicy.




Z wioski niewiele się zachowało. Odtworzono zarysy domów, postawiono tablice pozwalające lepiej wyobrazić sobie, jak kiedyś wyglądało tu życie, atrakcją jest jednak dla nas przede wszystkim sama okolica.




Miejscowość przeżywała swój rozkwit od XII do XIV wieku, by w XVI stuleciu zupełnie opustoszeć. Jedyną zachowaną budowlą są ruiny kościoła.







Ścieżka prowadzi dalej do małego stawu.







Lato w pełni.







Wracamy górą.




Rowery grzecznie czekają, czas więc ruszać dalej.




Pogoda nieco się zmienia, niebo ciemnieje, mamy jednak nadzieję, że unikniemy deszczu.




Bocznymi drogami docieramy wreszcie do Birsdall. Przy tutejszym dworku wzbudzam żywe zainteresowanie wśród krów. Przyglądają mi się tkwiąc nieruchomo w jednym miejscu.




Dalej jest trochę pod górkę, więc trzeba często przystawać na zdjęcia.




Wreszcie wyjeżdżamy na niewielkie skrzyżowanie z rozległymi widokami. Tam czas na krótką przerwę i owocową regenerację.




Ostatni odcinek naszej północnej pętli to ciekawy zjazd Water Dale do Thixendale. Jest to jedna z charakterystycznych dla tego regionu suchych dolin, przypominających literę V.







W jednym miejscu, przy drodze, kwitną właśnie jakieś fioletowawe, intensywnie pachnące kwiaty. Pięknie wyglądają i wydają oszałamiający zapach, niestety właśnie w tym momencie zaczyna padać i siłą rzeczy mój przystanek na zrobienie zdjęcia jest bardzo krótki. Dobrze, że przynajmniej mogę schronić się pod drzewem i nie moknąć tak bardzo, ale chętnie postałabym dłużej w ramach tej przyjemnej kwiatoterapii.







Gdy krople zaczynają się już niestety zbierać na moim aparacie, zjeżdżam do wioski, gdzie czeka na mnie Robert. Chwilę stoimy pod jakimś daszkiem, gdyż wiemy z doświadczenia, że w Anglii zazwyczaj długo nie pada i deszcz zaraz powinien przejść. Rzeczywiście, niedługo później pogoda się zmienia, więc ruszamy z Thixendale na naszą drugą, południową pętlę. Wioska zostaje za nami. Na dobry początek mamy stromy podjazd. Gdy widzę 12 lub 14 procent na znaku drogowym, wiem, że jakoś to będzie. Gorzej z szesnastką – wtedy trzeba intensywnie fotografować po drodze. No więc fotografuję: pola, łąki i co tam jeszcze widać. A gdy wyjeżdżam, trzeba niemal od razu zjeżdżać. O tam, w tę dolinę, widoczną w lewym górnym rogu zdjęcia.




No to zjeżdżamy, by od razu zacząć kolejny podjazd do Fridaythorpe. Jak ja uwielbiam jeździć po Anglii… W Fridaythorpe naszą uwagę zwraca kościół z ciekawym zegarem na wieży.




Stąd też ruszamy w jedną z dolin Yorkshire Wolds łączonym szlakiem pieszo-konno-rowerowym. To na przejechaniu tego właśnie odcinka wyjątkowo mi zależało. Ścieżki rowerowe prowadzą zazwyczaj nad dolinami, tu będziemy mieli okazję przejechać przez środek V-kształtnej doliny. I to całkowicie legalnie!




Ruszamy zatem, najpierw szutrową dróżką za wsią, potem już przez samą dolinę. Z obu stron ograniczają nas zielone ściany, gdy mkniemy w dół po trawiastym podłożu. Ale tu fajnie!




Właśnie zaczynam się cieszyć, że wybraliśmy ten kierunek, bo podjazd w tę stronę byłby dość trudny, gdy Robert uświadamia mi, że niestety będzie trzeba ponownie zdobyć wytraconą wysokość. Skoro jesteśmy na dnie doliny, musimy wydostać się na górę. Z początku próbujemy jechać stromą trawiastą ścieżką, szybko jednak okazuje się, że nasze trekkingowe rowery średnio sobie radzą w takim terenie. Podjazd nie jest jednak tragiczny i wkrótce docieramy do celu. Teraz dolinę możemy obejrzeć sobie z góry i nawet, jakby na zawołanie, wychodzi słońce, którego wcześniej nam nieco brakowało.







Czas też na krótki odpoczynek na fantazyjnie powykręcanych ławkach. Ładnie tu, więc przysiadamy na chwilę.




To już niestety nasze ostatnie spojrzenie na dolinę. Wkrótce wyjeżdżamy poza jej krawędź i miejsce niknie nam z oczu. Przed następną miejscowością, Huggate, trafiamy na kolejne makowe miejsce i przyjemną zadrzewioną aleję.




Stąd mamy krótki zjazd (i od razu, oczywiście, podjazd) do centrum miejscowości. W Huggate wjeżdżamy na Yorkshire Wolds Cycle Route, czyli wspomniany wcześniej rowerowy szlak przez Woldsy. Dotrzemy nim już do samego Thixendale. Szlak nie jest trudny, zaczyna jednak mocniej wiać i przy takiej pogodzie nawet niewielkie górki wymagają większych nakładów sił. Pedałujemy jednak wytrwale, bo meta już niedaleko. W końcu ostatnia z dolin sprowadza nas do Thixendale. Czeka nas jeszcze oczywiście stromy podjazd do samochodu.




A tam czas na kawę i zasłużoną kolację.




To jednak jeszcze nie koniec dzisiejszej wycieczki. Niedaleko stąd, blisko naszej drogi, znajduje się ciekawe „dzieło sztuki”. Ta praca artystyczna w terenie nosi tytuł „Time and flow”. Czy ma zwracać uwagę na upływ czasu? Nam przypomina kolisty labirynt albo gigantycznego ślimaka.




Po tym krótkim spacerze czas już na powrót. Siadam nawet na trochę za kółkiem, co na angielskich drogach mi się nie zdarza. Żegna nas krwisty zachód słońca, będący zapowiedzią kolejnego deszczu. A po powrocie do domu, gdy kolejnego dnia przeglądam zdjęcia, stwierdzam, że chyba jednak tu jest inaczej niż na Pogórzu Kaczawskim. Będziemy musieli w Yorkshire Wolds pojechać jeszcze raz, by naocznie się o tym przekonać ;).