W krainie Robin Hooda,
czyli już nie ma ducha Herna w lesie Sherwood
18 VII 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



„Rooobin, Rooobin, the Hooded Man…” – słowa z piosenki Clannad dźwięczą mi w głowie, gdy parkujemy w wiosce Edwinstowe leżącej w sercu lasu Sherwood. Po dawnej rozległej puszczy, gdzie urządzano królewskie polowania, pozostały niestety mizerne resztki. Wielki wyrąb lasu z XVIII wieku sprawił, że obecnie jest to teren rekreacyjny o powierzchni zaledwie 423 hektarów (w przeszłości 40 tys. ha). Legenda Robin Hooda wciąż jest tu jednak żywa, a my chcemy przekonać się, ile pozostało z magii i tajemnicy pierwotnego Sherwood.
Samego Robina spotykamy od razu.




Stoi ze swym nieodłącznym łukiem przy centrum informacyjnym jakiś dziwny taki. Może dlatego, że dla mnie Robin Hood ma rysy Michaela Praeda ze słynnego serialu z lat 80, a ten nijak nie pasuje do wyobrażeń o średniowiecznym banicie?
No nic, Robin jest kiczowaty, ale las taki nie może być. Ruszamy zatem w głąb pierwotnej puszczy.




Gdzieżby jednak w tym miejscu były dzikie ścieżki leśne! Są tylko porządne drogi, więc trudno oczywiście znaleźć tu choć odrobinę klimatu dawnego Sherwood.
Sprawę ratują nieco stare drzewa. Rosną tu piękne kilkusetletnie dęby, gdzieniegdzie sterczą kikuty i potężne pnie uschłych już drzew, a wszystko to przeplatane jest brzozami i paprociami.




Podjeżdżamy pod główną atrakcję parku – stary dąb Major Oak. Jego wiek szacuje się na 800 - 1000 lat i według legendy w wydrążonej w pniu drzewa kryjówce zamieszkiwał Robin Hood ze swoją wesołą kompanią. Choć drzewo rzeczywiście mogło istnieć za czasów słynnego banity, było wtedy zaledwie młodym dąbkiem, więc nieprawdopodobne jest, by Robin wybrał to miejsce na swoją kwaterę.




Major Oak zdumiewająco przypomina mi inne, podobnie utrzymywane przy życiu, drzewo – naszego Bartka z województwa świętokrzyskiego.
Choć jest słonecznie, zastanawiam się, jakie są szanse na to, aby zza gęstwiny wyjrzał nagle duch lasu ze słowami: „Ja jestem Hern Myśliwy, a ty jesteś liściem niesionym przez wiatr.” Może przydałoby się nieco mgły? Nie, nawet mgła nie pomoże. W lesie Sherwood nijak nie można już poczuć magii. Szybko opuszczamy więc Sherwood Forest Country Park i pedałujemy w stronę Dukeries. To tereny dawnego lasu, które ocalały w czasie wyrębu, gdyż należały do miejscowych rodów książęcych. Trzy z nich znajdują się w prywatnych rękach i są zamknięte dla turystów. Zapuszczać się można tylko do Clumber Parku.







Ta część Sherwood nie różni się znacząco od poprzedniej. Może jest tu nieco bardziej dziko.




Wkrótce las się kończy i wyjeżdżamy na otwarty teren.







Zamiast skręcić na drogę dla rowerów, wybieramy tę dla pieszych. Początkowo dość szeroka dróżka po chwili zmienia się w wąską ścieżkę prowadzącą wśród przekwitłych pól rzepaku.




Niekiedy trudno jest przejechać, gdy rośliny chłoszczą nas po nogach.




Jest za to ładnie. Gdzieniegdzie na polach kryją się jeszcze maki, choć większość już przekwitła.







Wkrótce wyjeżdżamy jednak na jedną z dróg asfaltowych prowadzących do parku i od razu pojawia się sznurek samochodów. Niektóre zdradzają zamiłowanie Anglików do starych automobili.




Przed nami przyjemny, bo aromatyczny odcinek trasy wiodący malowniczą aleją lipową. Pachnie super!




Nie śpieszy nam się jeszcze do tłumów, więc znów skręcamy w bok, w ciszę i namiastkę dziczy.




Nie na długo jednak. Dojeżdżając do głównych atrakcji parku znajdujemy się nagle w innym świecie. Parkingi zapchane samochodami, mecz krykieta, piknikujący, leżący na trawie, gwar dzieciarni i tłumy, tłumy. Każdy wypoczywa i korzysta z ładnej pogody, ale my wolimy spokojniejsze okolice i zatrzymujemy się tu tylko na krótki spacer.







Clumber Park był domem dla książąt Newcastle. Ich pałac został zburzony w 1938 roku, a do dziś zachowała się tylko neogotycka kaplica, nazywana „katedrą w miniaturze”.




Mające kształt serpentyny jezioro budowano przez 15 lat. Dziś spacerują tu turyści i kaczki.




Wracamy niemal tą samą trasą do Sherwood Forest Country Park, by uniknąć nielubianych przeze mnie ruchliwych dróg. Pod koniec dopiero modyfikujemy trasę i jedziemy na południe, do Sherwood Pines Forest Park. W drodze mijamy ruiny pałacu w Kings Clipstone, posiadłość króla Jana, brata Ryszarda Lwie Serce. Legenda mówi, że podczas jednej z wizyt Jan urządził polowanie nie na okoliczną zwierzynę, ale na Robin Hooda i jego kompanów szukając ich w jaskiniach Creswell Craggs. W tym czasie słynny banita, wiedząc o królewskich planach, zakradł się do pałacu i uwolnił z lochów wszystkich więźniów.
Z Kings Clipstone droga wiedzie nas do Sherwood Pines Forest Park. Znajduje się tu wiele ścieżek rowerowych: są szlaki dla rodzin i zaawansowane trasy na rowery górskie.




W tym lesie dominują sosny.




Już zwykłą lokalną drogą wracamy do Edwinstowe.




Według legendy, w tutejszym kościele Robin poślubił swoją ukochaną Marion.




Wracamy na parking. W jego pobliżu słynny banita walczy z Małym Johnem.




Na nic się to jednak nie zdaje. Robinowego klimatu w Sherwood już nie ma. Ruszamy zatem do Nottingham, siedziby szeryfa – głównego przeciwnika Robina – i jego wiernego totumfackiego Guya Gisbourne’a. W samochodzie leci oczywiście Clannad, choć, jak na złość, płyta się zacina. Czyżby nawet ona dawała nam do zrozumienia, że to już nie to?
Nottingham wita nas ponurymi przedmieściami. Wjeżdżamy w polską dzielnicę i czuję się tak, jakbym była w moim mieście. I w setce podobnych w Anglii. Wokół „Biedronki”, „Stokrotki” i „Salony fryzjerskie u Damiana”. Robin Hood by się nie połapał w tym polskim języku.
Za to w centrum jest już lepiej. Wieczorne światło każdemu miejscu potrafi dodać uroku.







Naszym celem jest oczywiście zamek szeryfa z Nottingham. Niestety, z powodu późnej pory jest już zamknięty. W sumie chcieliśmy obejrzeć go tylko z zewnątrz, ale nawet to jest utrudnione z powodu gęstych drzew zasłaniających budowlę.




Sam zamek do urokliwych nie należy: to prostokątna bryła z dwoma bocznymi skrzydłami. Z pierwotnej normańskiej warowni zachowały się tylko mury, a obecny pałac powstał w drugiej połowie XVII wieku jako rezydencja księcia Newcastle.




W pobliżu murów stoi kolejny Robin Hood. Wcale nie ładniejszy od tego w Sherwood.




Za to nieco dalej znajduje się najstarsza w Anglii oberża, czynna od 1189 roku. Część jej pomieszczeń mieści się w jaskiniach pod zamkiem. W „Ye Olde Trip to Jerusalem” zbierali się krzyżowcy przed wyruszeniem na krucjatę.




Włóczymy się coraz bardziej gwarnymi uliczkami miasta. Jest sobotni wieczór, więc angielscy miłośnicy pubów wylegli tłumnie na ulice i, brytyjskim zwyczajem, zamiast usiąść z piwem przy stole jak człowiek, stoją trzymając kufle w ręku i rozmawiając – przy kontuarze, przy wysokich stolikach, na zewnątrz, gdzie się da. Knajpy z ogłuszającą muzyką są pełne, a niektórzy z bywalców, mimo wczesnej pory, ledwo stoją na nogach albo zwracają na chodnik zawartość swojego żołądka nadmiernie wypełnionego piwem. Chyba jesteśmy z trochę innej bajki...







Zaglądamy jeszcze na rynek i w okolice dawnego targu koronek, z których słynęło miasto.













A potem czas opuścić krainę Robin Hooda. Robimy to bez żalu, bo niestety już nie ma ducha Herna w lesie Sherwood.