Trzy zimy

Pierwsza zima:
Roseberry Topping
17 I 2015


Zachciało mi się zimy. Takiej prawdziwej, z błękitnym niebem, skrzącą się bielą i oblepionymi lukrem drzewami. Tej polskiej nie udało się niestety zastać - w czasie krótkiego pobytu na święta zerkałam tęsknie przez okno naszego pokoju, z którego pięknie prezentuje się Beskid Mały. W nawale kolejnych wizyt, odwiedzin i posiadówek nie udało się jednak nigdzie, choćby na chwilę, wyskoczyć. Obowiązki rodzinno - towarzyskie zepchnęły na dalszy plan polską zimę, a święta minęły zbyt szybko i trzeba było już wracać. Więc wróciliśmy do Anglii, a ja szybko wybiłam sobie z głowy białe oszronione drzewa. Z prostej przyczyny - drzew tu jak na lekarstwo, a królują rozległe, puste przestrzenie. Zimy jednak sobie nie wybiłam i zapragnęłam ją zobaczyć. Niech będzie, nawet po angielsku, byle tylko dotknąć nieco białego puchu.

Z tym też nie jest jednak łatwo. W naszym mieście tylko pewne dwie styczniowe środy były bardziej śnieżne, krótkotrwale jednak. Kolejnego dnia po białym puchu nie było już niemal śladu. Zresztą nieco więcej śniegu na drogach oznacza tu klęskę - letnie opony angielskich samochodów nie radzą sobie wtedy zupełnie, a kierowcy nie są przyzwyczajeni do jazdy po nieco innej nawierzchni niż zwykle. Trzeba im jednak oddać sprawiedliwość - wiele dróg jest tu wąskich i stromych i niekiedy trudno się jest minąć nawet w środku lata.

Na poszukiwania zimy trzeba było wybrać się więc poza miasto. Tu mamy szczęście - trzy "górzyste" parki narodowe otaczają nas z niemal wszystkich stron i do każdego z nich mamy godzinę, półtorej jazdy. Na zachodzie leżą Yorkshire Dales (jest nawet czwarty park, nieco dalej na północny zachód. To Lake District z najwyższym szczytem Anglii - Scafell Pike, o którym już pisałam), na wschodzie North York Moors, a na południu Peak District. Wymyśliłam sobie, że na szczytach Yorkshire Dales na pewno będzie śnieg, niestety prognozy nie zwiastowały nam szczególnie sprzyjającej pogody na zachodzie. Za to na wschodzie miało być słońce, pojechaliśmy więc do North York Moors licząc na spotkanie zimy.


Pierwsza zima

North York Moors to rozległe wrzosowiska i urokliwe wybrzeże morskie. Nad Morzem Północnym byliśmy tydzień wcześniej i wtedy odwiedziliśmy jedną z informacji turystycznych w regionie. Tam wpadł mi w ręce informator o okolicy i zdjęcie jednej z pobliskich gór - Roseberry Topping. Gdy więc tydzień później szukaliśmy miejsca na górski spacer, zaproponowałam właśnie ten szczyt.
Roseberry Topping to właściwie nie góra - ma zaledwie 320 m, za to jej kształt i fakt, że wybija się wybitnie ponad okolicę zaskarbił jej miano "Matterhornu Yorkshire". Lubię te szumne nazwy i manię porównywania.

Wycieczkę zaczynamy w Great Ayton - miejscowości związanej z kapitanem Jamesem Cookiem i jego latami młodzieńczymi. Szybko przekonujemy się, że po śniegu nie ma tu niestety śladu, a zima ma więcej z początków wiosny. Po przejściu przez wieś skręcamy w błotnistą, typowo wczesnowiosenną ścieżkę. Ciemna breja rozpościera się wszędzie i nie ma nawet gdzie postawić nogi. Na szczęście szybko wchodzimy w las, przechodzimy przez wzgórze i po chwili pojawia się na horyzoncie nasz Matterhorn.




Na razie, jak to bywa z wybitnymi szczytami ;), wiszą nad nim chmury, gdy podchodzimy jednak bliżej, rozpogadza się, a okolicę zalewa słońce.



Rozpoczynamy krótką wspinaczkę na szczyt. Może w sumie dobrze, że nie ma śniegu, bo musielibyśmy wtedy niechybnie założyć raki, wziąć w łapy czekany i związać się liną. Skalisty wierzchołek jest już tuż tuż.




Wreszcie stajemy na szczycie.




Po śniegu nadal ani śladu, za to panoramy rozpościerają się we wszystkich kierunkach. Na horyzoncie widać nawet morze i statki na wodzie. Najlepsze jest jednak to, co pod naszymi stopami - całe pola zieloności!
















Kręcimy się dłuższą chwilę po szczycie, z którego wygania nas wreszcie zimny wiatr przypominając, że mimo słońca nadal jest zima. Swe kroki kierujemy w stronę widocznego w dali obelisku ku czci kapitana Cooka. Pogoda na razie dopisuje.




Słońce bawi się z nami raz gasnąc, raz oświetlając złotymi plamami łąki przed nami.







Roseberry Topping zostaje za nami. Mieliśmy szczęście, że byliśmy na wierzchołku, gdy słońce oświetlało okolicę. Teraz powoli pogrąża się w cieniu.




Wychodzimy wreszcie na wrzosowiska, a Matterhorn niknie nam z oczu.




Tu na ścieżce jest nieco śniegu, który skwapliwie fotografuję. Przecież po to tu przyjechaliśmy.




Gdzieś tam przed nami, tam, gdzie nas nie ma, zbocza połyskują paskami śniegu. Ponoć w sąsiedniej dolinie było go sporo. U nas jak na lekarstwo.




Po chwilach cienia znów słońce żółci okolicę.













Przed naszymi oczami znów pojawia się Matterhorn. Tym razem z innej perspektywy.




Schodzimy do drogi i znów wspinamy się na przeciwlegle zbocze, do pomnika poświęconego kapitanowi zjedzonemu przez ludożerców. Tam zastaje nas wieczorne światło.



















Po zachodzie słońca schodzimy wreszcie w doliny.




Ostatnim spojrzeniem żegnamy Roseberry Topping wprawiając w zdumienie owce, które ciekawie nam się przyglądają.







Do Great Ayton docieramy już po zmroku mijając w parku, ot, ciekawostka, historyczną toaletę z czasów wiktoriańskich. Choć śniegu nie było, i tak nam się podobało. A zima jeszcze trwa i nie ucieknie. Poszukamy jej w przyszłym tygodniu.