Peak District
Wzdłuż trzech zalewów i po kamieniach w górę
11 VII 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Trasa, na którą wybraliśmy się w sobotę, była w planach od bardzo dawna. Peak District znaliśmy już z poprzedniego roku, z jednej z naszych pierwszych wycieczek w Anglii. Początek szlaku na Derwent Edge wiódł wtedy wzdłuż zbiornika Ladybower przyjemną ścieżką dla pieszych i rowerzystów. Po jakimś czasie opuściliśmy ją idąc w górę, ale zaplanowaliśmy, że wrócimy tu na naszych jednośladach latem. Wtedy obserwowaliśmy z okolicznych wzgórz okolice i naszą dzisiejszą trasę w jesiennych barwach.

























Tym razem, obawiając się, że przy zaporze nie będzie już miejsca, zatrzymujemy się na parkingu, gdzie podczas jesiennego wyjazdu spędzaliśmy nockę w samochodzie. Szybki zjazd doprowadza nas nad Ashopton Viaduct i pierwszy ze zbiorników, Ladybower Reservoir.




Tu skręcamy w prawo na szlak prowadzący wzdłuż trzech zalewów. Wbrew prognozom, wieszczącym zmianę pogody wczesnym popołudniem, rozpogadza się i jazda wśród zieleni jest czystą przyjemnością.




Szybko zostawiamy za sobą Ashopton Viaduct.




Ladybower Reservoir zbudowano między 1935 a 1943 rokiem. Potrzeba było dwóch lat, by napełnić go wodą.
Początkowy fragment przywodzi na myśl jesienne wspomnienia.







Potem mijamy miejsce, gdzie opuszczaliśmy ścieżkę pnąc się do góry i od tej pory poznajemy nowe dla nas okolice.
Pierwsza zapora jest dla nas sygnałem, że zaraz zacznie się kolejny zbiornik, Derwent Reservoir. Leży pośrodku dwóch pozostałych i ma około 2 kilometrów długości.







Wieżyczka ostatniej tamy, wyznaczającej początek Howden Reservoir, sterczy wśród zieleni jak baszta jakiegoś zamku.




Zbiornik powstał jako pierwszy na początku XX stulecia w celu dostarczenia brakującej wody regionom East Midlands i South Yorkshire. Jej niedobór spowodowały rewolucja przemysłowa i industrializacja w XIX wieku.




Gdy kończy się woda, ścieżka zaczyna się wznosić. Wyjeżdżamy na otwarte przestrzenie wrzosowisk i zielonych wzgórz.







Wreszcie dojeżdżamy do najdalej na północ wysuniętego punktu szlaku. Stąd będziemy już wracać.




Niedaleko starego mostu nad rzeką Derwent robimy sobie, wzorem innych, krótki postój.




Piknik pod drzewem przerywają nam ciekawskie owce.




Jedna prezentuje się wyjątkowo zabawnie, gdyż zrzuca właśnie futro.




Owce nie poprzestają na obserwacji. Zaczynają dobierać się do mojego roweru! Szybka interwencja ratuje pasek od mojego futerału na aparat, który jedna z owiec zaczęła już gryźć.




Zaczyna się niestety chmurzyć, więc decydujemy się na powrót.







Teraz zbiorniki oglądamy z drugiej strony.










Wkrótce szutrowa ścieżka zmienia się w asfaltówkę. Po tej stronie znajduje się sporo parkingów i informacja turystyczna z wypożyczalnią rowerów, więc od razu robi się tłoczno.




Mniej tu przyjemnie niż po spokojniejszej, wschodniej stronie, więc szybko mkniemy do punktu startu.




Wkrótce docieramy do wiaduktu Ashopton.




Tu kończy się szlak wzdłuż zalewów, jednak nie nasza wycieczka. Zaplanowaliśmy jeszcze jedną pętelkę po okolicy i ruszamy ku ostatniej tamie, kończącej Ladybower reservoir. W przeciwieństwie do pozostałych ta w całości pokryta jest trawą. Na wodzie znajduje się natomiast nietypowy przelew zapory w kształcie kamiennego kręgu. Teraz jest pusty, ale widzieliśmy ciekawe zdjęcia, gdy woda wlewa się do niego wirując w czasie spadku w dół.




Bocznymi drogami przejeżdżamy w stronę Hope. Na horyzoncie wita nas Drżąca Góra, czyli Mam Tor ze swoim charakterystycznym oberwanym zboczem. Prawie pół roku temu szukaliśmy na nim (z powodzeniem!) zimy (relacja tu: Drżąca Góra - Mam Tor)







Przejeżdżamy przez wioskę kierując się w stronę Edale. Krajobrazy znów są znajome. Na lewo wznosi się Lose Hill, a dalej skalisty Back Tor.




Nawet, tak jak zimą, doliną przemyka pociąg. Tym razem obserwujemy go z drugiej strony.







Przed skrętem na grzbiet, który musimy pokonać, chcąc dostać się nad Ladybower Reservoir, zauważam, że niestety złapałam gumę w tylnym kole. Powietrze schodzi jednak wolno i decydujemy, że będziemy co jakiś czas je dopompowywać, bo do mety mamy już niewiele drogi.
Zaczynamy wyjeżdżać w górę i szybko okazuje się, że to nie szlak na nasze rowery. Po kamienistej nawierzchni nie da się jechać. Więcej jest zatem wypychania naszych trekkingów pod górę niż faktycznej jazdy, tym bardziej, że brak powietrza z tyłu nie ułatwia sprawy.




Widoki za to są ładne.







Wdrapujemy się wreszcie na górę. Zjazd w stronę Jaggers’ Clough nie jest jednak przyjemniejszy. Stroma ścieżka ujęta jest w szerokie stopnie.




W dole przecinamy niewielki strumień i znów zaczyna się kolejny podjazd, który siłą rzeczy pokonujemy pieszo. Wreszcie docieramy na kolejne wypłaszczenie.







Początkowo mieliśmy zrobić dłuższą pętlę, ale po takich drogach nie ma sensu jechać, a raczej tracić czasu na wypychanie roweru. Wybieramy strome, ale krótkie zejście po wielkich kamieniach, wokół których lawirujemy sprowadzając nasz jednoślady.




Kilka razy mijają nas cykliści na rowerach górskich i w pełnym rynsztunku. Dla nich ten szlak jest z pewnością atrakcyjny. My cieszymy się, gdy wreszcie docieramy do głównej drogi. Stopniowo sprowadza nas w stronę zalewu, więc pędzimy jak szaleni w dół. Ostatni odciek to podjazd do samochodu, ale pokonujemy go w miarę sprawnie. I trafiamy idealnie, bo już podczas posiłku w samochodzie zaczyna padać. Z pogodą zdecydowanie nam się dzisiaj udało.