Mur Hadriana
8 III 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



W marcu firma Roberta obchodziła dwudziestolecie istnienia i z tego powodu wszyscy pracownicy wraz z rodzinami zostali zaproszeni na dwudniowe świętowanie do hotelu w hrabstwie Northumberland. Jako że główne „uroczystości” odbywały się w sobotę, a niedzielne popołudnie miało być przeznaczone na powrót, postanowiliśmy wykorzystać fakt, że jesteśmy w nieznanych sobie zupełnie terenach i ten czas poświęcić na poznawanie okolicy. Tak się szczęśliwie złożyło, że z hotelu niedaleko było do jednej z większych atrakcji tych stron – Muru Hadriana. Postanowiliśmy zatem przejść jego fragment przed powrotem do domu.
Parkujemy niedaleko Once Brewed Tourist Information Centre. Pogoda, jak to w Anglii, jest w kratkę i raczy nas kontrastami i światłocieniami.







Ruszamy asfaltem w stronę muru przecinając lokalną drogę B6318. Kto nie ma czasu, może się nią przejechać w ramach krajoznawczej wycieczki, gdyż na wielu odcinkach prowadzi wzdłuż Wału Hadriana.




Wreszcie docieramy do ścieżki, którą od tej pory będziemy podążać na wschód i spotykamy pierwsze fragmenty muru na naszej drodze. Na pierwszy rzut oka słynny wał niczym właściwie nie różni się od kamiennych murków rozdzielających grunty, tak bardzo powszechnych w całej Wielkiej Brytanii. Jest tylko nieco wyższy, szerszy i oczywiście zrekonstruowany.







Zaczynamy przy kwadratowej podstawie rzymskiej wieży. Być może była to zachodnia część wieży strażniczej, jednej z wielu wzdłuż muru. Warowne posterunki znajdowały się co 500 metrów, natomiast co 1,5 km mieściły się forty.




Mur budowano w latach 121-129 n.e. na zlecenie cesarza Hadriana, który w 122 roku przebywał w Brytanii, być może w celu sprawdzenia postępów budowy. W założeniu miał wyznaczać północne granice Imperium Rzymskiego, podkreślać jego panowanie nad tymi terenami i chronić je przed atakami plemion barbarzyńskich ze Szkocji.




Mur zbudowano na odcinku 117 km między wsią Bowness nad zatoką Solway Firth a twierdzą Segedunum w Wallsend nad rzeką Tyne. Przecinał wszerz Wielką Brytanię, a jego wysokość wynosiła 4,5 m przy około 2,5 m grubości. Jako budulca użyto kamienia, cegły i darni.




Wkrótce dochodzimy do jednego z posterunków, Milecastle 39. Rozciąga się stąd ładny widok na skaliste Highshield Crags i jeziorko Crag Lough w dole.




Po pokonaniu następnego wzgórza docieramy do „Sycamore Gap”. W filmie „Robin Hood: książę złodziei” Robin w wykonaniu Kevina Costnera wędruje tędy do Nottingham wraz ze swym przyjacielem Azeemem. Dość dziwną obrali sobie drogę z południowego wybrzeża do Nottingham, bo nadrobili prawie 200 mil na północ. To mniej więcej tak, jakby z południa Polski jechać do Warszawy przez Malbork.




Może urzekło ich to urokliwe miejsce? Sykomora (zwana też drzewem Robin Hooda) stoi tu w naturalnym otworze wymytym przez wody lodowca między dwoma wzgórzami. Szkoda, że marzec jest bezlistną porą roku, bo drzewo w swym liściastym okryciu wyglądałoby na pewno ładniej. Nic nie możemy jednak poradzić na ten brak zieleni.







Stąd już krok tylko do niewielkiego urwiska Highshield Crags, które pokonujemy wąską ścieżką. Równolegle do muru biegnie Roman Military Way. Ta położna na południe droga służyła dostawom do garnizonu, a zbudowano ją między wałem a Vallum, czyli głębokim i szerokim rowem.




Na moment wchodzimy do sosnowego lasu.




Gdy go opuszczamy, łapie nas chwilowy deszcz. Jednak już po chwili się rozpogadza.










Mur Hadriana stracił swe strategiczne znaczenie, gdy nowy cesarz Antonius Pius wzniósł na północ od niego inne umocnienia. Rzymianie zostali jednak wyparci z Muru Antoniusa i wróciwszy na Wał Hadriana odnowili go, bo zaczął już popadać w ruinę.




Kolejnym urozmaiceniem muru są fundamenty Milecastle 37.




Stąd już niedaleko do rzymskiego Housesteads Fort.
Oficjalna nazwa fortu Housesteads brzmiała Vercovicium, co oznacza „miejsce skutecznych wojowników”. Żyło tu 800 żołnierzy, a choć fort leżał na skraju Imperium, był samowystarczalny i bezpieczny. Rzymianie mieli tu koszary, dom dowódcy, spichlerze, szpital, a nawet toalety.




Przed nami jeszcze kilka wzgórz, zanim opuścimy mur na dobre. Skręcamy przy furtce King’s Wicket, by wracać równoległą ścieżką na północ od wału.




Stąd świetnie widać wzgórza, po których szliśmy, z cienką koronką muru na szczycie.







Przyjemne widoki nie ustrzegą nas jednak przed kolejnym odcinkiem. Wchodzimy w przeraźliwe błoto i wśród lepkiej brei musimy znajdować sobie drogę przejścia. Całe przestrzenie pokryte są błockiem, a to wszystko przez pasące się tu krowy, które skutecznie rozdeptały ścieżkę. Pomaga trochę wejście w niewielki lasek, lecz po jego pokonaniu zaczyna się to samo. Tracimy sporo czasu na próby poszukiwania przejścia, aż w końcu pokonujemy newralgiczny fragment. Zdecydowanie przydałyby się tu gumowce, które często o tej porze roku widzimy na nogach Anglików.
Pokonujemy teraz całą naszą trasę, tyle że w odwrotnym kierunku i paręset metrów dalej. Nasza popołudniowa droga ładnie prezentuje się teraz o złotej wieczornej godzinie.




Pomarańczowe światło nie towarzyszy nam jednak długo. Gdy mijamy ruiny wapiennika, zaczyna powoli gasnąć, ustępując miejsca mrokowi.




Niestety spóźniliśmy się z zachodem słońca na sykomorową przełęcz. Samotne drzewo stoi jak stało, ale już wśród szarych skał.




Już po zmroku, a potem w ciemności mijamy parking Steel Rigg i docieramy do samochodu. Teraz czeka nas długi nocny powrót na południe.