Sandal Castle i Festiwal Lampionów
21 II 2015



Kiedyś koleżanka wspomniała nam o festiwalu lampionów odbywającym się gdzieś w Yorkshire. Pogrzebaliśmy w Internecie i znaleźliśmy informację o kolejnej jego edycji w lutym w niewielkiej miejscowości Slaithwaite. Kulminacja święta przypadała na sobotni wieczór, więc dzień zamierzaliśmy poświęcić na górską wycieczkę w Calderdale. W tygodniu poprzedzającym Moonraking Festival okazało się jednak, że Robert ma nadgodziny w sobotę. Wiedzieliśmy, że na festiwal zdążymy, ale z górskiej przechadzki trzeba było zrezygnować. By Robert nie musiał wracać po mnie do Leeds, postanowiliśmy, że pojadę z nim i gdy on będzie pracował, ja pokręcę się po Wakefield, gdzie znajduje się jego firma. Po pracy mieliśmy już wspólnie pojechać do Slaithwaite na festiwal.
Lutowy dzień wstaje na szczęście słoneczny. Zostawiam Roberta przy komputerze i ruszam w stronę ruin zamku znajdujących się niedaleko jego firmy. Gdy trafiam do parku Pugneys z jeziorem, żaglówkami i ścieżkami do łażenia, widzę na horyzoncie swój cel.










Okrążam jezioro błotnistą ścieżką, ucinam sobie krótką pogawędkę ze starszym Anglikiem i omijając co bardziej newralgiczne fragmenty rozmokłej dróżki zaczynam lekko podchodzić w stronę kopca, na którym znajdują się ruiny. Za sobą pozostawiam widok na gigantyczny maszt górujący nad okolicą. Widuję go niemal codziennie nawet z naszego Leeds.




Zamek, otoczony przez zielone pola, jest coraz bliżej.




Sandal Castle to zamek ziemny z XII wieku. Na górze kopca znajdowały się wtedy drewniane wieże, a dziedziniec otoczony był drewnianą palisadą i głęboką fosą.




Zamek, podarowany Williamowi de Warenne, jednemu ze zwolenników Wilhelma Zdobywcy, był twierdzą samowystarczalną. Tego typu budowle miały na celu zbieranie podatków i kontrolowanie większych miast, rzecznych przepraw lub przejść przez okoliczne wzgórza.







Z dwóch powstałych wtedy w okolicy zamków ocalał tylko ten i w ciągu XIII stulecia został przebudowany już przy użyciu kamienia.




Budowla odegrała ważną rolę w czasie Wojny Dwóch Róż, czyli wojny domowej między rodami Lancasterów (mających w herbie czerwoną różę) a Yorków (herb z różą białą). W 1460 do twierdzy przybył Ryszard Plantagenet, książę Yorku, ubiegający się o angielski tron. W grudniu tego roku w okolicach zamku rozegrała się bitwa pod Wakefield, która zakończyła się klęską domu Yorków. Sam Ryszard zginął w czasie walki.
Zamek popadł w ruinę po oblężeniu w czasie wojny domowej między parlamentarzystami a rojalistami w XVII wieku. Po jego zakończeniu zdecydowano, że nie będzie odbudowany.







Sandal Castle pojawił się w jednej ze sztuk Williama Szekspira, „Henryk VI”, opowiadającej o Wojnie Dwóch Róż. Akcja pierwszych scen trzeciej części tej kroniki historycznej rozgrywa się właśnie tutaj.




Bitwa pod Wakefield posłużyła natomiast przy tworzeniu dziecięcej rymowanki „The Grand Old Duke of York”. Ułatwiała ona zapamiętanie kolorów tęczy.




Z ruin rozciągają się widoki na jezioro w Pugneys Country Park i Wakefield z górującą nad miastem katedrą.










Obchodząc kopiec dookoła zwracam uwagę na porastające go kwiaty. Fioletowe i żółte krokusy fotografuję więc z pieczołowitością, narażając się nieraz na zjazd ze stromego zbocza do fosy.




Spod zamku postanawiam pieszo dojść do centrum Wakefield. Taka leniwa włóczęga pozwala na śledzenie pierwszych objawów wiosny.







W dzielnicy Sandal Magna znajduje się pomnik poświęcony wspomnianemu już diukowi Yorku, który zginął w bitwie pod Wakefield.
Potem czeka mnie odcinek ruchliwą drogą i pierwsze widoki na miasto.




W samym Wakefield nie ma wiele do oglądania. Jest stary most z kaplicą, muzeum, oranżeria i katedra.










Położona w centrum miasta katedra powstała na miejscu wcześniejszego saksońskiego kościoła. Pierwsze wzmianki o świątyni w tym miejscu pochodzą z XI wieku. Późniejszy normański kościół przebudowywano wielokrotnie, w tym w XV wieku w stylu gotyckim. Katedra wyróżnia się najwyższą w całym Yorkshire wieżą.




Akurat w centrum odbywa się jakiś festiwal żywności, mam więc okazję popróbować co nieco lokalnych specjałów.




Wracając pod firmę Roberta mijam kolejny park z krokusami.




Wspólnie już żegnamy Wakefield i jedziemy do Slaithwaite. Spodziewamy się tam tłumów, ale na godzinę przed rozpoczęciem lampionowej procesji na ulicach są niemal pustki. Przechadzamy się kilka razy tam i z powrotem po niewielkiej miejscowości, bo lutowe zimno nieco nam dokucza.







Slaithwaite Moonraking Festival odbywa się już od 30 lat, obecnie co dwa lata. To lokalne święto promujące twórczość, rzemiosło i bajanie – opowiadanie gawęd. Główną jego atrakcją jest wieczorna procesja z lampionami o przeróżnych kształtach. Kilka z nich już ustawiono na nadbrzeżu, wzdłuż szlaku przemarszu.
















Z czasem ludzi przybywa. Przybywa też ciekawych lampionów. Szczególnie jeden przykuwa naszą uwagę – nie wiemy, czy przedstawia lotnika, czy krzyż. Dopiero kilka miesięcy później, przejeżdżając przez Newcastle, widzimy jego pierwowzór – słynną i kontrowersyjną rzeźbę Anioł Północy.




Nazwa festiwalu nawiązuje do miejscowej legendy o szmuglerach. Jedna z opowieści mówi, jak to przemytnicy ukryli swe nielegalne towary w wąskiej łodzi pod mostem nad kanałem. W noc pełni księżyca wzięli grabie, by wyłowić jedną z beczek rumu, niestety zostali złapani na gorącym uczynku przez stróżów prawa. Aby uniknąć aresztowania, zaczęli zapewniać, że zajęci byli ”grabieniem” księżyca pięknie odbijającego się w tafli wody.







Główny bohater rzeczywiście czeka już na kanale, są też brodaci przemytnicy-gnomy i kobiety w lokalnych strojach z grabiami. Umieszczony na wózku-tratwie księżyc w asyście wyżej wspomnianych zostaje przetransportowany na centralny placyk i wydźwignięty ponad głowy wszystkich, by następnie przewodniczyć lampionowej procesji.







A lampiony mają najprzeróżniejsze kształty: są zwierzęta, budowle, słynne zabytki, gwiazdy i zegary, a nawet wielki tort dla pana Księżyca z okazji 30-lecia festiwalu.










Procesję urozmaicają liczne hałaśliwe muzyczne zespoły.










Czas zatem ustawić się w szyk i ruszyć ulicami miasteczka, wśród domów również przystrojonych lampionami.







Wreszcie procesja rusza.







Obchodzimy całą miejscowość, w której pali się niewiele świateł. Noc rozjaśniają setki magicznych lamp.
A gdy wreszcie wracamy na plac nad kanałem, następuje kulminacja uroczystości. Księżyc wraca na swe miejsce wysoko na ramieniu dźwigu i nie zostaje wcale spalony, jak się tego, w sumie nie wiadomo dlaczego, spodziewam. Dostaje za to jarzący się fajerwerkami tort z datą swych urodzin.




Później następuje pokaz fajerwerków na tle nieba z wielkim lampionowym księżycem.




A po podziękowaniach i zakończeniu festiwalu ulice nagle pustoszeją i Slaithwaite zamienia się w małą lokalną wioseczkę, gdzie nie było dwóch takich, co ukradli księżyc, ale paru tych, co chcieli go wyłowić z wody grabiami.