Noworoczny Londyn
2-3 I 2015



A może by tak wpaść do Londynu w Nowy Rok? Taki pomysł zaświtał mi w głowie, gdy zamierzaliśmy zabukować bilety powrotne do Anglii po bożonarodzeniowym pobycie w kraju. Wracaliśmy 1 stycznia, a że zostało jeszcze kilka dni wolnego, warto było je wykorzystać w pełni. Robert zadzwonił do kolegi ze studiów, który mieszka w Londynie, a ten zgodził się nas przenocować.
Początek mieliśmy z przygodami. Odwiezieni na samolot do Katowic cierpliwie oczekiwaliśmy na nasz pierwszy lot Ryanairem. Odprawa poszła gładko, ale samolot za nic nie chciał przylecieć. Pierwszy dzień roku wstał oczywiście ponury i mglisty, ale myśleliśmy, że nie będzie tak źle. Opóźnienie samolotu zaczęło wzrastać i wreszcie usłyszeliśmy informację: z powodu mgły przekierowano go do Łodzi. W chaosie informacyjnym wyszliśmy z hali odlotów i długi czas czekaliśmy, aż podstawią dla nas autobusy zastępcze. Zanim dojechaliśmy do celu, zanim przeszliśmy kolejną odprawę na kolejnym lotnisku i zanim dolecieliśmy do Londynu, zrobił się późny wieczór. Zamiast być u kolegi po południu, wyrwaliśmy go ze snu (kolejnego dnia szedł do pracy) grubo po północy.
Za to poranek w Londynie wita nas piękną słoneczną pogodą. Kolejką Docklands Light Railway dojeżdżamy do kompleksu wieżowców – Canary Wharf, umiejscowionego na terenach dawnych doków portowych.




Wokół błękitnych olbrzymów człowiek czuje się maleńki. W świecie strzelających w górę biurowców staje się jedną z wielu śrubek gigantycznego mechanizmu. I jednym z wielu ludzi mijających w biegu to miejsce dzień w dzień. Śpieszących do pracy. Ciągle się śpieszących. Patrzących nerwowo na zegarek. Nieprzypadkowo więc pełno tu zegarów.




Z dawnego wielkiego londyńskiego portu ruszamy do serca miasta. Czas zobaczyć Big Bena i Parlament. I czas przyzwyczaić się do tłumu turystów spędzających tu święta i Nowy Rok.




Neogotycki budynek Parlamentu powstał po przebudowie wcześniejszego pałacu, który niemal w całości spłonął. Jego najbardziej charakterystyczną częścią jest wieża mieszcząca 13-tonowy zegar – Big Ben.




Miano najpiękniejszej wieży parlamentu dzierży Victoria Tower, górująca nad ogrodami w tylnej części kompleksu.










W ogrodzie przysiadamy na chwilę i podziwiamy widoki na Tamizę i London Eye. Londyńskie Oko ma 135 metrów wysokości, a jego całkowity obrót trwa 30 minut. Obiekt powstał z okazji nowego tysiąclecia, dlatego nazywany bywa również Kołem Milenijnym.







Zaledwie przecznica dzieli parlament od symbolicznego serca Londynu – Opactwa Westminsterskiego. To tu koronowali się angielscy królowie i to tu znaleźli miejsce swego ostatniego spoczynku.







Skoro o władcach mowa, czas, by odwiedzić królową! Do jej siedziby docieramy przez St James’s Park, który pierwotnie był królewskim zwierzyńcem. Dziś można tu spotkać pelikany. Para ich praprzodków została podarowana Karolowi II przez ambasadora Rosji.







Jest drugi stycznia, pogoda dopisuje i czujemy wiosnę w powietrzu! Szczególnie, gdy przed naszymi oczami pojawiają się kwitnące gałązki.




Sam Pałac Buckingham to podłużna, niezbyt ładna budowla, która niczym szczególnym by się nie wyróżniała, gdyby nie stała się siedzibą brytyjskiej królowej. Miejsce okupowane jest przez turystów, którzy przynajmniej przez chwilę chcą być bliżej monarchini. Gruba krata skutecznie chroni jednak Elżbietę przed niepożądanymi gośćmi.







Przed pałacem znajduje się Victoria Memorial, rzeźba poświęcona królowej Wiktorii.




Ulicą wzdłuż ogrodów otaczających Buckingham Palace docieramy do Wellington Arch. Ten łuk triumfalny powstał w celu upamiętnienia zwycięstwa Brytyjczyków nad wojskami Napoleona.







I tu stwierdzamy, że w Londynie dobrze jest nie tylko rowerzystom…







Przez Green Park dochodzimy do St James’s, dawnej dzielnicy arystokracji. Chcemy przejść się reprezentacyjną aleją The Mall, wiodącą do Pałacu Buckingham.







Przecinając otoczony rządowymi budynkami Horse Guards Parade docieramy do koszar Straży Konnej. Akurat trwa zmiana warty i dwaj gwardziści na koniach zajmują miejsca swoich kolegów przed wejściem do gmachu.










A potem z niewzruszoną miną tkwią na swych rumakach otoczeni tłumami, które koniecznie chcą sobie z nimi zrobić zdjęcie.
Wychodzimy na Whitehall, aleję biegnącą z Trafalgar Square do Parlamentu. To w tych okolicach znajdują się siedziby najważniejszych instytucji państwowych oraz biuro kolejnych premierów Wielkiej Brytanii. Niedaleko też stąd do bunkra, czyli Wojennej Siedziby Rządu, z której kierował krajem Winston Churchill w czasie II wojny światowej.







Reprezentacyjną ulicę zamyka Tafalgar Square z kolumną Nelsona, Galerią Narodową i Narodową Galerią Portretu. Ten plac, wypełniony ludźmi i gołębiami, chyba nigdy nie pustoszeje. Teraz wznosi się tu także wielka choinka, rok w rok przysyłana przez Norwegów w ramach podziękowania za pomoc udzieloną im przez Brytyjczyków w trakcie II wojny światowej.










W południowo- zachodnim narożniku pyszni się Admiralty Arch poświęcony królowej Wiktorii. Rozpoczyna on wspomnianą już aleję The Mall prowadzącą do Buckingham Palace.




Kolejnym ważnym placem Londynu, do którego docieramy handlową Regent Street, jest Picadilly Circus, zaprojektowany przez Johna Nasha w 1812 roku. Tę gwarną okolicę, gdzie pojazdy walczą o miejsce z ludźmi, obserwuje z góry Anioł Chrześcijańskiego Miłosierdzia. Figurkę poświęcono jednemu z książąt, który, odwołując się do Biblii, walczył przeciwko zatrudnianiu dzieci.




Wreszcie znajdujemy się w części Londynu, która nam się podoba, bo nie ma nic z pompatyczności i monumentalności reprezentacyjnych ulic wokół parlamentu. To Soho, dawna dzielnica robotników i imigrantów, a obecnie tętniąca życiem wielokulturowa mozaika, pełna pubów, dyskotek, restauracji, kin, teatrów, księgarni, domów publicznych oraz barów dla gejów i transwestytów. Podobno zamieszkanie tu jest marzeniem niejednego londyńskiego yuppie.




Częścią Soho jest Chinatown, niewielka dzielnica chińska wypełniona orientalnymi knajpkami i napisami w „języku krzaczków”. Specjalna brama prowadzi do tej miniatury Azji w europejskiej stolicy, gdzie czujemy się jakoś bardziej swojsko niż w „oficjalnym” Londynie.



















Niedaleko stąd do Charing Cross Road, ulicy księgarń i składów książek. To raj dla bibliofilów.




Sercem Soho jest Leicester Square, pełen kin i klubów muzycznych dla spragnionych rozrywki.




Trochę innych atrakcji szukano w przeszłości w Covent Garden. Tradycyjna dzielnica czerwonych latarni przekształciła się później w targowisko, a obecnie na centralnym placu Covent Garden Piazza stoi wiktoriańska hala targowa ze sklepami i restauracjami. Jej okolice okupują uliczni artyści zabawiający przechodniów. Dziś na placu wznosi się wielka choinka, a atmosferę Świąt czuć jeszcze w powietrzu. Zapada wieczór, wszystko lśni od świateł, a nam nie przeszkadzają tłumy, spacerujemy po okolicy, a później zatrzymujemy się na kawę w jednym z lokali. Akurat na czas, by odebrać telefon od naszego gospodarza, który właśnie kończy pracę. Umawiamy się z nim przy Moście Milenijnym i ruszamy w stronę Strandu.







Przed spotkaniem zaglądamy jeszcze w ciemne, oświetlone nielicznymi gazowymi latarniami, zaułki Temple, jednego z kompleksów Inns of Court, gdzie w średniowieczu mieszkali adwokaci, którzy ćwiczyli się w swoim zawodzie. Teraz puste o tej porze dziedzińce i brukowane uliczki rozbrzmiewają tylko echem naszych kroków.
Na dłużej zatrzymuje nas nadbrzeże Tamizy i widok na pulsującą, nocną metropolię. Londyńskie Oko, wieżowce City i podświetlony na niebiesko Millenium Bridge łatwo rozpoznać w tej feerii kolorów. Z tyłu jaśnieje Tower Bridge – cel naszej jutrzejszej wycieczki, a na prawo od niego, na drugim brzegu Tamizy, pnie się w niebo The Shard ze swoimi 72 kondygnacjami.










Czekamy na znajomego przed wejściem na Most Milenijny, z widokiem na wielką kopułę katedry św. Pawła.




A potem, już wspólnie, przekraczamy Tamizę słynnym mostem, który wkrótce po otwarciu w 2000 roku został zamknięty ze względu na silne drgania przy dużej liczbie pieszych. Udostępniono go ponownie dwa lata później.
Na drugim brzegu, przy Bankside, znajduje się rekonstrukcja Szekspirowskiego teatru Globe. Choć oryginalny budynek stał nieco dalej, jego replika wiernie nawiązuje do pierwowzoru – w czasie budowy użyto tego samego budulca, a dach pokryto strzechą. Odbywają się tu, jakżeby inaczej, przedstawienia sztuk słynnego dramaturga.




Zbliżając się do wieżowca The Shard, mijamy ruiny Bishop of Winchester Palace z rozetowym oknem w jednej ze ścian oraz rekonstrukcję galeonu „Złota Łania”. Kończymy naszą dzisiejszą wycieczkę przy katedrze Southwark, ale to, oczywiście, nie koniec dzisiejszego wieczoru, który spędzamy w londyńskim mieszkaniu naszego gospodarza na pogaduchach przy lampce wina.

Kolejny dzień wita nas niestety zupełnie inną pogodą, czyli deszczem i przysłowiową angielską mgłą wiszącą nisko nad miastem. Cóż jednak robić? Przyjechaliśmy tu, żeby połazić i pozaglądać Londynowi w jego zakamarki, więc rano dzielnie ruszamy na zwiedzanie. Zaczynamy od dzielnicy City, niegdyś serca miasta, dziś wielkiego centrum finansowego pełnego biurowców i drapaczy chmur. Metro wysadza nas przy Monumencie, pomniku w kształcie doryckiej kolumny, który przypomina Wielki Pożar Londynu z 1666 roku. Ogień wybuchł w pobliskiej piekarni i z powodu wiatru szybko rozprzestrzenił się na całe miasto, które spłonęło w dwóch trzecich. Budynki odbudowano już z trwalszych materiałów dzięki podatkowi węglowemu wprowadzonemu przez parlament.










Mokrymi ulicami City podążamy dalej, do Tower of London. Nad Tamizą wiszą niskie chmury, w których nikną wierzchołki wieżowców.







Początki londyńskiego zamku wiążą się z osobą Wilhelma Zdobywcy. To on, po objęciu angielskiego tronu, kazał zbudować na północnym brzegu Tamizy drewniane umocnienia w celu kontroli miasta od strony morza. Z czasem twierdza rozrastała się, a jej nazwę wzięto od pierwotnej wieży strażniczej, White Tower, którą zbudowano z kamienia u schyłku XI wieku.




Tower przez wieki cieszył się złą sławą jako królewskie więzienie. To tu stracono dwie z sześciu żon Henryka VIII oraz Thomasa More’a, autora „Utopii”.







Kilka kroków od twierdzy przecina Tamizę charakterystyczna sylweta Tower Bridge.




Ten najsłynniejszy most Londynu, jeden z symboli miasta, nie jest wcale kamienny, jak mogłoby się zdawać. W rzeczywistości jest konstrukcją stalową, której środkowa, zwodzona część podnosi się, gdy rzeką płyną statki.




Oba brzegi Tamizy spowija gęste mleko, w którym tonie zarówno wieżowiec The Shard, jak i biurowce City.







To właśnie między nimi znikamy, gdy opuszczamy wreszcie Tower.




City, zwane też Kwadratową Milą (Square Mile), to miejsce narodzin metropolii z czasów rzymskich, gdy osada Londinium stała się stolicą prowincji Brytania. Po dziś dzień ta część Londynu nie podlega władzom miasta, a zarządza nią Corporation of London ze swą siedzibą w ratuszu Guildhall.




Dla nas to dzielnica sprzeczności – wśród wielkich wieżowców, siedzib słynnych firm, ukryte są cenne kościoły z XVII wieku. Stare miesza się tu z nowoczesnym, tworząc dziwną kombinację kamienia, szkła i stali. Ulice, pewnie zwykle tętniące życiem i pełne mężczyzn w koszulach i pod krawatami, w ten sobotni dżdżysty dzień są wyludnione i niemal przerażające. Szklane tafle biurowców odbijają bezlistne drzewa, a na wypolerowane płyty przed ratuszem pada deszcz i warstwa wody staje się lustrem, w którym odbijają się okna budynku. Ta cisza i spokój dziwnie nie pasuje do korporacyjnego życia, które przelewa się tu każdą ulicą w pracujące poranki, pory lunchu i wyjścia z pracy. City przytłacza, tłamsi i niepokoi.










To tu, przemoczeni i zmarznięci, decydujemy się na modyfikację planów i skrócenie naszego po Londynie wędrowania. Powoli zmierzamy w stronę katedry św. Pawła, mijając Museum of London, odcinek dawnych murów oraz jeden z wieżowców przywodzący na myśl Centre Pompidou w Paryżu swą plątaniną rur na zewnątrz budynku.










Barokowa katedra św. Pawła zastąpiła pierwotny średniowieczny kościół, który spłonął w trakcie Wielkiego Pożaru. Świątynię wyróżnia olbrzymia kopuła i Galeria Szeptów charakteryzująca się świetną akustyką. To tu w 1981 roku miał miejsce ślub księcia Karola z Dianą.




Choć mamy już tylko krok do stacji metra, decydujemy się jeszcze na krótki spacer nad Tamizę, by w świetle dnia zobaczyć Most Milenijny i jego okolice.




Teatr Szekspira widać teraz w całej okazałości.




Sama kładka prezentuje się równie interesująco, co w nocy.







W wagoniku metra ogrzewamy się nieco i ruszamy na spotkanie ze słynną osobistością dzielnicy Marylebone. Adres – Baker Street 221 b.







Na budynku opatrzonym tym numerem mieści się niebieska tabliczka z napisem: „Sherlock Holmes, consulting detective, 1881-1904”.




W rzeczywistości powyższy adres nigdy nie istniał, za to teraz przyciąga rzesze miłośników prozy Conan Doyle’a. W budynku mieści się muzeum słynnego detektywa, a na chętnych czeka inspektor Scotland Yardu i dwa nakrycia głowy: melonik Watsona i kraciasty kaszkiet Holmesa, w których chętnie paradują miłośnicy zdjęć z wycieczek po sławnych miastach śladami równie sławnych osób.




Ostatnim punktem na dzisiejszej mapie Londynu jest Greenwich. Docieramy tam już o zmroku, mijamy kliper herbaciany „Cutty Sark” i szybko przebiegamy obok kompleksu zabytkowych budowli mieszczących Narodowe Muzeum Morskie i Queen’s House.




Przyjemnie byłoby połazić tutaj dłużej, ale cały dzień kiepskiej pogody wyssał z nas ostatnie drobiny ciepła, więc kierujemy się tam, gdzie półkula zachodnia łączy się ze wschodnią – na południk zero, będący podstawą wyznaczania czasu na Ziemi. By dotrzeć do mosiężnej linii, dzielącej świat na dwie połowy, trzeba przejść przez Royal Observatory, a potem przedostać się na dziedziniec, gdzie znajduje się ta umowna kreska. Nie mamy wielkiej ochoty na zwiedzanie muzealnych ekspozycji, więc południk obserwujemy „zza płota”.




Poniżej muru przygotowano „południk dla ubogich”, którzy nie chcą wydawać pieniędzy na kreskę sławną dzięki potędze Wielkiej Brytanii, która zdominowała umowne południki zerowe innych ośrodków i wyznaczyła ją w 1884 roku. Kreska kreską, ale stać jedną nogą na półkuli wschodniej, a drugą na zachodniej, chce każdy.
Najlepsze jest jednak to, że prawdziwa granica między tymi półkulami przebiega nieco dalej. Szukamy jej z GPS-em w ręku i wreszcie się udaje – jest zero!
Już po zmroku obserwujemy imponującą panoramę Londynu z jego charakterystycznymi punktami – kompleksem Canary Wharf za budynkami Muzeum Morskiego w dole, stadionem Millenium Dome z białą kopułą podtrzymywaną dwunastoma masztami, biurowcami City, wieżowcem The Shard i Londyńskim Okiem.







Dzień kończymy w jednej z przytulnych knajpek w Greenwich z naszym znajomym. Gdy trzymam w rękach filiżankę gorącej herbaty, czuję, że zaczynam tajać. Kolejnego dnia wcześnie rano z dworca autobusowego Victoria ruszamy na północ. Lekki mróz pokrywa bielą zielone trawy, styczniowe słońce świeci ostro, a my z radością witamy nasze prowincjonalne Yorkshire i nasze miasto. Może nie tak piękne i słynne jak Londyn, może nie promieniujące swą wielkością na całą Europę, ale pozbawione pompatyczności i monumentalności stolicy, spokojniejsze i mniejsze niż gigantyczna metropolia. A jak łatwo i szybko można z niego wyjechać, by znaleźć się w górach lub nad morzem, sprawdzamy już w kolejnym tygodniu, zadowoleni, ze wróciliśmy na stare śmieci.