Od lawendy do lawendy,
czyli nutka Prowansji w Wielkiej Brytanii
25 VII 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Wiele z naszych wyjazdów podporządkowanych jest cyklowi natury, okresowi wegetacji roślin i zachowaniom zwierząt w poszczególnych miesiącach roku. Wczesną wiosną jeździliśmy obserwować ptaki zakładające swe gniazda i wychowujące młode, a w listopadzie oglądaliśmy nowo narodzone foki w rezerwacie Donna Nook. Podobnie z kwiatami – w kwietniu spacerowaliśmy żonkilowym szlakiem w Farndale, a świat malował się dla nas na żółto dzięki bezkresnym polom rzepaku. W czerwcu szukaliśmy maków w Yorkshire Wolds, a późne lato powitało nas dywanami wrzosów. W lipcu natomiast nastał czas na lawendę.




Chociaż lawenda niekoniecznie kojarzy się z Wielką Brytanią, jej historia na Wyspach jest długa, gdyż sięga czasów rzymskich. Starożytni Rzymianie używali lawendy w łaźniach dla jej zapachu i w celu regeneracji skóry, a sama jej nazwa pochodzi od czasownika „lavare”, co znaczy „myć”. Po podbiciu Anglii przez Rzymian w pałacu w Sussex istniał rzymski ogród, gdzie uprawiano tę roślinę. I choć po ich odejściu o lawendzie zapomniano, ponownie pojawiła się w średniowieczu w ogrodach przyklasztornych. Uprawiano ją wespół z innymi ziołami i roślinami leczniczymi.




Do XVI wieku wiele szlacheckich domów miało swe lawendowe labirynty w ogrodach i własne destylarnie, w których produkowano lawendową wodę, używaną później w łazienkach i pralniach. Aby odstraszyć pluskwy, zaszywano lawendę w pościel, a jej olejkiem smarowano ramy łóżek.




Popularność lawendy wzrosła w czasach królowej Elżbiety I, kiedy to zaczęto ją uprawiać na większą skalę. Sama monarchini piła do dziesięciu filiżanek lawendowej herbaty dziennie, co miało ją ponoć uchronić przed bólami głowy. Inna z władczyń, Henrietta Maria, kąpała się co tydzień w wodzie z białej lawendy i przystrajała nią każdą komnatę pałacu.




W późniejszych czasach destylacja lawendowej wody stała się popularnym hobby w wielu domach. Gdy Londyn nawiedziła zaraza, pęki tej rośliny sprzedawano na ulicach, by uniknąć przykrego zapachu. Esencja z lawendy miała też chronić przed infekcją.




Królowa Wiktoria uwielbiała lawendę. Pewnie przez sentyment, gdyż jej ukochany Albert zabiegał o nią obdarowując ją bukietami z wrzosu i lawendy. Rośliny tej zaczęto używać powszechnie – w pralniach, w czasie kąpieli, do polerowania drewna. W aptekach sprzedawano lawendowe mydła i olejki, pomady do włosów dla panów, kremy, woski, wody i perfumy.




Dziś roślina ta jest nadal popularna i wykorzystywana w aromatoterapii, produkcji kosmetyków i artykułów gospodarstwa domowego.




W Yorkshire są aż dwa miejsca, gdzie uprawia się lawendę. I to całkiem blisko siebie! Kolejna rowerowa wycieczka jest więc planowana pod kątem tej pachnącej rośliny – chcemy, by trasa wiodła nas od lawendy do lawendy.
Zaczynamy w Yorkshire Lavender w Terrington, przez które już przejeżdżaliśmy kiedyś wiosną ( → relacja tu ). Wówczas lawendowe ogrody były jeszcze uśpione. Dziś jest inaczej – od różnych gatunków i kolorów aż mąci nam się w głowie! Jest lawenda biała i w wielu odcieniach fioletu i niebieskiego. Nie może także zabraknąć odmiany Grosso, kojarzonej powszechnie z Prowansją.







Choć nie ma tu bezkresnych pól lawendy, a raczej przemyślane kompozycje tej rośliny, całość przedstawia się niezwykle atrakcyjnie. I pachnąco! Dominujący fiolet łagodzą różnorodne kolory, gdyż obok głównej bohaterki rosną tu też inne kwiaty.










Horyzont zamykają tańczące błękitne sylwetki. Nieco bliżej wznoszą się piramidy. Stoją w miejscu poświęconym żonie właściciela gospodarstwa, która zmarła wiele lat temu, zostawiając go z dwójką małych dzieci. To z jej inspiracji powstał ten ogród.







Na koniec, by pozostać w lawendowym klimacie i wzmocnić się przed dalszą podróżą, fundujemy sobie lody o tym smaku. Pierwszy raz takie jemy. I pierwszy raz, poza różanym dżemem, jemy coś, co kojarzy nam się z zapachem. Ale smak też mają bardzo dobry!




Czas wreszcie przesiąść się na rowery. Zostawiamy samochód przy miejscowym village hall i ruszamy znaną już sobie trasą w stronę zamku Howard. Tym razem objeżdżamy go od północy i wreszcie udaje nam się zobaczyć w oddali, obok Mauzoleum, Świątynię Czterech Wiatrów, jedną z budowli wchodzących w skład kompleksu.







Dalsza trasa prowadzi nas przez Malton i Norton, bliźniacze miasta przecięte rzeką Derwent, a po krótkim odcinku lokalnymi drogami, wzdłuż ruchliwej A64. Dobrze, że mamy tu własną rowerową ścieżkę, bo inaczej jazda wśród śmigających szybko aut nie byłaby żadną przyjemnością. Teraz też szału nie ma, ale cel przecież uświęca środki. I cel ten jest już niedaleko, bo po paru kilometrach docieramy do drugiego lawendowego gospodarstwa – Wolds Way Lavender.




Na pierwszy rzut oka miejsce prezentuje się nieco skromniej niż to w Terrington, choć ma swoją kolejkę, którą można objechać teren, różnorakie rzeźby przy ścieżkach, teren do zabaw z dziećmi, ul z pszczołami oglądanymi przez szybkę i destylarnię, w której pozyskuje się olejek lawendowy przy użyciu pary wodnej.







Obok kwiatowych kompozycji są tu jednak pola tej rośliny, dające wyobrażenie o tym, jak wygląda jej uprawa.







I pomyśleć, że za czasów rzymskich kwiaty lawendy sprzedawano za sto denarów za funt, co odpowiadało miesięcznej pensji robotnika rolnego lub cenie pięćdziesięciu koafiur u lokalnego fryzjera!







Same tutejsze lawendowe wariacje i labirynty, mimo że nieco inne, są równie przyjemne ,więc spacerujemy sobie do woli. A że jeszcze przyświeca nam słońce, spacer wydłuża się i w końcu wychodzimy niemal przed zamknięciem.







Wtedy też zgodnie stwierdzamy, że po wrażeniach estetycznych czas na te kulinarne. Znajdujemy boczną ścieżkę i rozkładamy się wzdłuż jednego z pól na odpoczynek i obiad. Niedługo dociera tu także właściciel ze swoim kombajnem, który pozdrawia nas wesoło i rusza, by zagarniać w swą maszynę zżętą słomę i wypluwać z niej gotowe kloce.







Potem ruszamy dalej. Najpierw wracamy znaną już sobie drogą w stronę Norton, a potem odbijamy na południowy zachód, by zobaczyć leżące nad rzeką Derwent ruiny opactwa Kirkham. Docieramy tam w deszczu, który konsekwentnie moczy nas od parunastu minut.




Augustiańskie opactwo zostało założone w 1120 roku przez Waltera l'Espec, pana pobliskiego Helmsley. Legenda mówi, że powstało, by uczcić pamięć jedynego syna lorda, który zginął po upadku z konia wystraszonego przez dzika.
Szczególnie cenną budowlą opactwa jest unikalna stróżówka w stylu angielskiego gotyku. Brama budynku jest bogato zdobiona, a rzeźby przedstawiają Chrystusa, świętych, sceny biblijne oraz herby dobroczyńców klasztoru.




Opactwo odegrało też pewną rolę w czasie II wojny światowej. To na tutejszych terenach odbywały się próby lądowania pojazdów przed D-Day, a sam obszar był wizytowany przez Winstona Churchilla.
Dalsza droga prowadzi nas znów w stronę Castle Howard, który objedziemy tym razem od południa. Skręcamy na polną ścieżkę i wśród wilgotnych od deszczu traw zjeżdżamy do drogi prowadzącej do zamku. Znad bujnie rosnącego zboża wyłaniają się Mauzoleum i Piramida, sama posiadłość Howardów oraz wieża pobliskiego kościoła. Urodzajne lato trwa w najlepsze.




Tym razem nie przejedziemy pod bramami prowadzącymi do zamku. Skręcamy w stronę Terrington i choć niebo przybiera barwę stalową lub ciemnoniebieską, od jakiegoś czasu już nie pada i nieco przesychamy przed powrotem do samochodu.










A na koniec dnia nad dachami Terrington pojawia się tęcza. I jakoś nie chce się jej zejść z góry, dlatego gdy trafiamy w drodze powrotnej na „złotą godzinę”, dalej znaczy swą kolorową pręgą niebo.




Przejeżdżamy obok pola, na którym prostokątne bele słomy przypominają jakiś rozrzucony po całym obszarze Stonehenge, a ostatnie pomarańczowe odblaski słońca łapiemy na ruinach zamku w Sheriff Hutton.




Relację zainspirowały od strony informacyjnej witryny internetowe lawendowych gospodarstw: Yorkshire Lavender w Terrington oraz Wolds Way Lavender w Wintringham.