Ptasie radio. Klify w Bempton i Flamborough Head,
czyli w poszukiwaniu maskonurów
10 V 2015



Nigdy specjalnie nie interesowaliśmy się ptakami, a nasze ornitologiczne obserwacje ograniczały się do rozpoznawania kilku popularnych gatunków ptaków niejako przy okazji różnych wędrówek na łonie natury. Od Norwegii jednak miałam wielką ochotę zobaczyć maskonury – charakterystyczne ptaki z jeszcze bardziej charakterystycznymi czerwonymi dziobami i nogami. Wtedy w Skandynawii nie udało nam się pojechać na wyspę, gdzie można je zobaczyć, gdy więc okazało się, że niedaleko nas na wybrzeżu Morza Północnego można je obserwować, zaplanowaliśmy, by wybrać się tam w porze gniazdowania maskonurów.
Rezerwat Bempton Cliffs to ponoć najlepsze miejsce w Anglii, by zobaczyć, usłyszeć i poczuć morskie ptaki. Każdego roku 250 tysięcy z nich przybywa na klify między Bempton a Flamborough, aby znaleźć partnera i wychować młode. Najlepiej obserwować je między kwietniem a sierpniem, gdy budują gniazda i uczą swe ptasie dzieci stawiania pierwszych kroków.
Od połowy kwietnia do połowy lipca na klify przylatują także maskonury, wybieramy więc jeden z majowych dni, aby je zobaczyć.
Już przy wejściu słyszymy jednak niepomyślną wieść: maskonury są na morzu i trzeba naprawdę mocno trzymać kciuki, żeby je zobaczyć. Mamy nadzieję, że jednak przylecą i udajemy się na spacer wzdłuż klifów Bempton, by obserwować ptasie kolonie.










Skalne ściany opadające stromo do morza są pełne ptaków, które sprawiają wrażenie niemal przylepionych do klifów. Nad wodami i w powietrzu unoszą się tysiące mew, nurzyków i głuptaków, a powietrze niemal wibruje od ich gwizdów, skrzeków i śpiewów.
Jak w wierszyku dla dzieci Tuwima: „I od razu wszystkie ptaki w szczebiot, w świergot, w zgiełk — o taki.”










Niestety, nie ma ani jednego maskonura! Wypatrujemy jakichś czerwonych plam wśród dominujących czerni i bieli, ale nic, co mogłoby być maskonurem, nie pojawia się w zasięgu naszego wzroku.
Są za to inne ptaki.







Naszą uwagę przykuwają największe z nich – głuptaki.







Akurat trwa okres ich zalotów i „całowania się” dziobami.







Na klifach gniazdują także mewy trójpalczaste i czarno-białe nurzyki.







Gwar, rejwach i wszechobecny ruch towarzyszą nam przez cały czas przechadzki. Wreszcie ruszamy dalej – do Flamborough Head. Główną atrakcją są tam klify, a że ptaki również zakładają w nich gniazda, mamy nadzieję, że może to miejsce okaże się łaskawsze i jakiś maskonur pojawi się przed naszymi oczami.
Flamborough Head to długi na 13 kilometrów przylądek między miejscowościami Filey i Bridlington. Białe kredowe klify są tu niższe niż w nieodległym Bempton i dzięki temu można zejść na plażę i zobaczyć je od środka. Na cyplu stoją dwie latarnie morskie: starsza, kredowa, przypominająca wieżę latarnia z XVII wieku i młodsza, zbudowana w 1806 roku. Nad tą drugą akurat przelatuje śmigłowiec straży przybrzeżnej i ląduje nieopodal. Zastanawiamy się, czy nie doszło do jakiegoś wypadku, ale to chyba tylko ćwiczenia.







Same klify, lśniące bielą w popołudniowym słońcu, sprawiają niezwykłe wrażenie. Mimo że są niższe niż ich słynne odpowiedniki w portowym Dover na południu kraju, można zagłębić się w ich skalne korytarze, wymyte przez morskie wody dziedzińce, wrzecionowate okna, rozpadliny i jaskinie.
















Korzystamy z chwili odpływu i dokładnie penetrujemy klifowe zakamarki, a potem wychodzimy na górę i widokową ścieżką zmierzamy do zatoki North Landing.







Tu również klify stają się tymczasowym domem dla morskiego ptactwa.







Nasza trasa wiedzie wzdłuż pola golfowego. Niezły widok mają ci golfiści!




Tu już klify stają się wyższe.




Wypatrujemy z uwagą maskonurów, ale znajdujemy tylko znane już sobie nurzyki i mewy. Jedna z nich uwiła sobie gniazdo w starej oponie „zawieszonej” na czubku skalnego ostańca.




Na jeden z klifów prowadzi wąska ścieżka. Całkiem ładny stąd widok.







Obecne na każdym kroku mewy właśnie zakładają gniazda. Wiele z nich ma „trawowy” budulec w dziobie.




Jako że idziemy wzdłuż pastwisk, nie brak też innych zwierzaków – małych owiec.




Wkrótce nasz cel pojawia się w zasięgu wzroku.




Schodzimy na North Landing ukrytą wśród wysokich ścian klifów. To mała malownicza zatoczka ze starymi łodziami.




Powrotna droga wiedzie tą samą trasą co poprzednio. Maskonury oczywiście się nie pojawiają.
Nieco kapryśna pogoda ustabilizowała się i te same miejsca prezentują się pod wieczór korzystniej.




Spod Flamborough Head Lighthouse robimy jeszcze krótki spacer w drugą stronę, na południe. Na początku podchodzimy pod kredową wieżę - latarnię z 1669 roku.




Potem ścieżką wzdłuż łąk i pól dochodzimy do wybrzeża i kierujemy się w stronę nowej latarni, ukrytej za łanami rzepaku. Doprawdy niezwykłe to połączenie: rzepak i latarnia morska!




Pierwszy raz widzimy tę roślinę kwitnącą na klifach!




Z ciekawości idziemy jeszcze raz zobaczyć z góry kredowe rozpadliny, między którymi buszowaliśmy na początku naszej wycieczki. Część plaży jest już zalana przez wody przypływu i do niektórych miejsc nie mielibyśmy szans się teraz dostać bez zamoczenia nóg.




Jest już po zachodzie, kiedy opuszczamy Flamborough Head. Żaden, nawet najmniejszy maskonur, się dziś nie pokazał.




Myślimy, że może w przyszłym roku się uda, ale ja nie daję za wygraną. W domu sprawdzam w Internecie, gdzie jeszcze w Wielkiej Brytanii można obserwować te ptaki. Niestety, większość gniazduje na wyspach na morzu, więc dotarcie tam wydaje mi się mało możliwe i z góry odrzucam tę ewentualność. Mam nadzieję, że może uda się pojechać do łatwiej dostępnego miejsca w Walii, ale szybko okazuje się, że w tym roku raczej nie damy rady. Wreszcie muszę się pogodzić z myślą, że na maskonury muszę czekać do kolejnego sezonu i następnej wiosny.
Wtedy jeszcze nie wiem, że do trzech razy sztuka i że to nie koniec maskonurowej przygody na ten rok. Ale o tym już w innej opowieści.