Three Peaks Challenge,
czyli czterdzieści przez trzy szczyty poniżej dwunastu
27 VI 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Czerwiec ze swoimi długimi dniami świetnie nadaje się do długich pobytów na górskich szlakach, dlatego na jeden ze słonecznych weekendowych dni zaplanowaliśmy zdobycie trzech szczytów w Yorkshire Dales. Choć w zasadzie nie podejmujemy tego typu wyzwań, nie chodzimy po górach na czas ani odległość, tym razem stwierdziliśmy, że spróbujemy, gdyż jest to świetna okazja, by wdrapać się na kilka wierzchołków i pokonać dystans, którego do tej pory nie przeszliśmy.




A zaczęło się od National Three Peaks Challenge, czyli wyprawy mającej na celu zdobycie trzech najwyższych szczytów w każdym kraju Wielkiej Brytanii. Idea zakłada wyjście na Ben Nevis w Szkocji, Scafell Pike w Anglii i Snowdon w Walii w ciągu 24 godzin. Odległość między wierzchołkami pokonuje się samochodem, a ta między Szkocją i Walią wynosi 620 km.
Taki sposób zdobywania szczytów zupełnie nam nie odpowiada i choć chcielibyśmy spojrzeć na Wielką Brytanię z każdego z nich, nasz cel realizujemy w trakcie osobnych wycieczek (Scafell Pike i Snowdon już za nami, Ben Nevis w planach). Całkiem blisko jednak, bo w Yorkshire Dales, są trzy szczyty, których zdobycie też traktowane jest jako wyzwanie. Yorkshire Three Peaks Challenge zakłada wyjście na Pen-y-ghent, Whernside i Ingleborough poniżej dwunastu godzin. Cała okrężna trasa ma około 40 kilometrów, a ci, którzy ją przejdą i zmieszczą się w wyznaczonym czasie, mogą dołączyć do prestiżowego ponoć klubu zdobywców.
W jedną z czerwcowych sobót ruszamy zatem do Horton-in-Ribblesdale, tradycyjnego punktu startu na Three Peak. Wycieczkę można zacząć w innym miejscu, to jest jednak najpopularniejsze ze względu na możliwość rejestracji na początku i końcu pieszego maratonu. To tu, w „Pen-y-ghent Cafe” znajduje się specjalny zegar, który wybija godzinę wyjścia i powrotu. Po wypełnieniu specjalnej karteczki wsadza się ją do otworu w podstawie maszyny, pociąga za rączkę, a dźwięk dzwonka sygnalizuje, że oto zaczęliśmy Three Peaks Challenge i od tej godziny liczy się nasze wyzwanie.




Zegar wybija nam godzinę 8:53. Specjalnie, jak widać, się nie śpieszyliśmy i gdy przyjechaliśmy po 7 rano do Horton, na spokojnie zjedliśmy śniadanie i wypiliśmy kawę. Ulice, pełne o tej porannej porze kandydatów na zdobywców, opustoszały znacznie, gdy wreszcie, po solidnym posiłku i wypoczynku, ruszyliśmy w stronę kawiarni. Wreszcie załatwiamy tam formalności, więc czas start!




Pierwszym szczytem na naszej trasie biegnącej przeciwnie do wskazówek zegara jest liczący sobie 694 m Pen-y-ghent. Jego nazwa oznacza „Wzgórze Wiatrów” i rzeczywiście na wierzchołku mocno wieje, gdy wreszcie się tam wdrapujemy.







Już wcześniej jednak, w czasie podejścia, uświadamiamy sobie, że będzie problem. Wielki problem z robieniem zdjęć. U nikogo z mijających nas piechurów nie zauważamy aparatu, a jeśli ktoś już robi zdjęcia, to komórką i przeważnie na szczycie. A nam szkoda jest krajobrazów i stwierdzamy, że fotografie muszą być! Nawet kosztem cennego przecież w czasie tego wyzwania czasu. Pniemy się zatem do góry gdzieś na samym końcu, przystając co jakiś czas na zdjęcia. Sporo ludzi jest przed nami, niektórzy schodzą już drugą stroną ze szczytu, za nami ostatni na dzisiaj, jak my, maruderzy.







Pen-y-ghent ze skalistą obwódką poniżej wierzchołka kryje się groźnie w cieniu. Mimo że słońce oświetla okolice, jakoś nie może dostać się na zbocza góry.




Stopniowo nabieramy wysokości, a gdy pojawiają się kamienne schody, wiemy, że szczyt jest już blisko.







Ostatni odcinek to stroma wspinaczka po skałach. Nachylenie terenu jest tu spore, a ścieżka wąska. Gdy nagle rejestrujemy jakieś poruszenie na szlaku i zbiegających szybko w dół ludzi, wiemy, że coś się wydarzyło. I rzeczywiście, gdy podchodzimy bliżej, widzimy, że w dole, na trawiastym zboczu, siedzi starsza pani. Otacza ją kilku mężczyzn i gdy po chwili turystka próbuje wstać, podtrzymują ją i próbują prowadzić. Nie widzieliśmy samego momentu upadku, ale kobieta musiała spaść ze ścieżki i stoczyć się w dół. Na szczęście po chwili idzie już sama, więc wnioskujemy, że nic złego się nie stało i że na szoku się skończyło.







Im wyżej, tym bardziej rozległe widoki. I coraz bardziej puste. Zielone przestrzenie urozmaicane są czasem maleńkimi z tej perspektywy domkami, jakimś samotnym drzewem i słonecznymi plamami żółtych kwiatów na łąkach.




Po pokonaniu skalnej grzędy teren staje się bardziej płaski i szlak wyprowadza nas na wierzchołek. Pen-y-ghent zdobyty!







Dotarcie na ten pierwszy ze szczytów zajęło nam około godziny. Czas więc na regeneracyjną przerwę i kaloryczne przekąski. A potem schodzimy – z cienia w światło. Przed nami najdłuższy wielokilometrowy odcinek dzielący Pen-y-ghent i kolejny szczyt – Whernside. Mamy nadzieję, że na prostej drodze bez podejść przyśpieszymy i nadrobimy nieco czasu. W dolinie ścieli się nitka ścieżki, którą będziemy schodzić.




Odległość do naszego kolejnego celu wydaje się być stąd bardzo duża. Góry są gdzieś daleko na horyzoncie.




Chmurzy się też nieco, mamy jednak nadzieję, że pogoda się utrzyma. Rzeczywiście, im niżej, tym bardziej się rozpogadza.




Pen-y-ghent został za nami. Ciągle jednak jeszcze w cieniu.







Im niżej, tym ładniej. Znikają gdzieś puste jednorodne płaszczyzny, a pojawiające się domy i drzewa wprowadzają jakieś urozmaicenie do krajobrazu.







Gdy wreszcie w oddali zauważamy ciemne łuki wiaduktu Ribblehead, wiemy, że już niedaleko do miejsca startu na Whernside.







Szlakowskaz pokazuje jednak, że to jeszcze z 5 kilometrów. Z tej perspektywy wydaje się to tak blisko, bo droga ciągnie się prosto i nic nie zakłóca jej przebiegu.




Daleko za nami pozostał Pen-y-ghent.




Ostatni odcinek w pobliże wiaduktu to asfaltówka. Niektórzy z tej okazji zmieniają nawet obuwie, bo długa jeszcze droga przed nami i trzeba dbać o stopy.







Szlak, którym będziemy teraz szli, pokonywaliśmy już na początku roku, szukając w Yorkshire Dales zimy (relacja tu: Whernside i Ribblehead Viaduct). Potężne łuki Ribblehead Viaduct prezentują się teraz równie imponująco na tle zieleni.







Dalej są znane nam już widoki.







I akurat na tym podejściu stuka nam połowa trasy – dwadzieścia kilometrów za nami.




Trochę już w nogach mamy i właśnie na tym szlaku zaczynam odczuwać pierwsze symptomy zmęczenia. Właściwie zmęczona nie jestem, ale niestety stopy zaczynają czuć już przebytą trasę. Od tego też momentu kolejne kilometry uciekają jakoś wolniej. Na początku, mając przed sobą perspektywę czterdziestu, człowiek nie patrzył, ile przeszedł, bo ta wielka odległość wydawała się abstrakcją. Teraz, gdy już przed nami mniej niż więcej, każdy kilometr czuje się inaczej.




Powoli pniemy się jednak w górę. Pogoda jest zdecydowanie lepsza niż ostatnio, gdy szczyt tonął w chmurach, więc mamy okazję przekonać się, co widać z podejścia.







Wreszcie jest. Drugi szczyt, Whernside, padł pod naszymi stopami!







Jako że wcześniej zrobiliśmy sobie już przerwę, teraz zatrzymujemy się tu tylko na chwilę. Przed nami dość strome i nieprzyjemne zejście, które pamiętamy z zimy. Widoki są jednak zdecydowanie lepsze niż w styczniu i dobrze widać z góry rozległą dolinę i nasz ostatni cel – Ingleborough.




Po pokonaniu stromizny szlak już łagodniej sprowadza nas w dół.




Whernside, najwyższy z trzech szczytów, bo liczący sobie całe 736 m, został za nami.




Przed nami Ingleborough.




A im bliżej wioski, tym znowu ładniej.







Na asfalcie czas znów na zmianę obuwia. Tm bardziej, że dwie trzecie drogi już za nami.




Ten odcinek szlaku znów jest dla nas nowy. Poprzednio skręcaliśmy w stronę wiaduktu, teraz idziemy wprost na Ingleborough. Okolica z wapiennym podłożem przypomina nam nieco naszą pierwszą wycieczkę w Anglii – do Malham Cove. To zresztą niedaleko stąd – raptem w jednej z sąsiednich dolin.







Znów nabieramy wysokości – ostatni już raz dzisiejszego dnia.




Idziemy wprost na jeden z grzbietów odchodzących od głównego wierzchołka. Trzeba przebić się przez niego i wyjść na grań, więc już z daleka widzimy sylwetki ludzi pokonujących niemal pionowo tę ścianę. Trasa okazuje się rzeczywiście stroma i wymaga wspinaczki po głazach, jest jednak dość krótka i po chwili wyprowadza nas na górę. Stąd mamy jeszcze tylko niedługie podejście na rozległy, płaski wierzchołek.




Liczący 723 m Ingleborough jest nasz!







Na szczycie nieźle wieje, nie zostajemy tam więc długo i zaczynamy schodzenie. Przed nami ostatnie osiem kilometrów łagodnego zejścia do Horton, miejsca naszego startu.







Jak łatwo można było przewidzieć, te ostatnie kilometry ciągną się niemiłosiernie! Już wiemy, że o ile nic pechowego nas teraz nie spotka, zdążymy przejść szlak w oznaczonym czasie. Obok nas przemykają inni, którym nie zostało go już wiele. Spora grupka ludzi spotkanych na Ingleborough wyruszyła o siódmej rano i teraz mają naprawdę szybkie tempo, by zdążyć zejść na dół przed upływem dwunastu godzin. My też jakoś nie zwalniamy, mimo że stopy już konkretnie bolą, a Robertowi dokucza nadwyrężony podczas ostatniej jazdy rowerem mięsień. Przemy jednak twardo do przodu, bo już tak niewiele dzieli nas od mety. Widoczna w dole wioska przybliża się coraz bardziej. Ale jeszcze dwa kilometry, jeszcze jeden... Jak to wydaje się teraz dużo!







Wreszcie docieramy do wioski! Ciekawe, czy kawiarnia będzie jeszcze otwarta. Jest! Wchodzimy do środka i choć nie ma przed nami kolejki turystów chcących odebrać swoje blankiety, kilka osób wypełnia już zgłoszenie do klubu. Czekamy cierpliwie, choć minuty upływają. Jedna z dziewczyn reflektuje się jednak i puszcza nas przed sobą. Chwilę trwa jeszcze szukanie naszych karteczek, a gdy wreszcie mamy je w rękach, szybko odbijamy godzinę. I jest, udało się! Zegar wybija nam 7:23, czyli oficjalnie w dokładnie dziesięć i pół godziny pokonaliśmy szlak! Mając nadzieję, że w tym właśnie czasie uda nam się zmieścić, na ostatnim asfaltowym odcinku przez wioskę dostaliśmy takiego przyśpieszenia, że nasze kijki stukały tylko miarowo strasząc ludzi przed nami.




Nieoficjalnie byliśmy już kilka minut wcześniej, ale w tym wypadku to się nie liczy. 10,5 brzmi nieźle! Teraz czas na odpoczynek. Siadamy na ławce przed zamykającą się właśnie kawiarnią, zdejmujemy buty i cieszymy się jak dzieci! Foto zdobywców obowiązkowo musi być!




Po oddaniu naszych kartek właścicielowi kawiarni (rano pytał, skąd jesteśmy i kojarzył w Polsce Tatry) otrzymaliśmy zaproszenie do klubu zdobywców. Po jego wypełnieniu można dostać (a właściwie kupić) imienny dyplom z wypisanym czasem przejścia oraz nabyć inne gadżety z logo Three Peaks Challenge. Zgłoszenia nadal leżą u nas niewypełnione. Nie jest to dla nas specjalnie ważne. Chcieliśmy poznać nowe okolice i sprawdzić, czy jesteśmy w stanie przejść taki dystans. Udało się i to nas cieszy!
Gdy wreszcie zwlekamy się z ławki, trudno nam stanąć na nogi. Takich paralityków jest zresztą wokół nas sporo, tak więc od razu widać, kto dziś podejmował wyzwanie. Już spokojnym, statecznym krokiem wracamy do samochodu na porządny i zjedzony bez pośpiechu posiłek. Jeszcze tylko kawa, ostatni rzut oka na okolicę z Pen-y-ghentem na horyzoncie i wracamy do domu!




A kolejnego dnia, w niedzielę, nie ruszyliśmy się nigdzie. Ten dzień regeneracji i lizania ran bardzo nam się przydał ;). Mimo obolałych stóp stwierdziliśmy, że warto było!