Wielka Fatra
28 IV - 2 V 2007


Sobota, 28 kwietnia


       Po jesiennym wypadzie w Małą Fatrę w tamtym roku obiecaliśmy sobie, że następnym pasmem będzie Wielka Fatra, bardziej rozległa, dzika i mniej uczęszczana z Fatr. Wyjechaliśmy wcześnie rano w sobotę, mając nadzieję, że tym razem pociąg się nie zepsuje. Niestety, jak na razie żadna nasza podróż przez granicę w Zwardoniu nie mogła się obyć bez komplikacji. Tym razem chodziło o bilety. Pani w kasie w Skalitem poinformowała nas, że od niedawna studenci mogą kupić bilety zniżkowe. Mile zaskoczeni kupiliśmy. Co z tego, gdy w pociągu do Czadcy kolejarz zakwestionował ten zakup mówiąc, że zniżki są, ale dla studentów słowackich. Machnął na nas ręką i poszedł dalej, ale nas czekały jeszcze dwie przesiadki i kolejni konduktorzy mogli nie okazać się tacy łaskawi.
       W Čadcy, w czasie kolejnej przesiadki, poszliśmy się upewnić i rzeczywiście, w informacji powiedziano nam, że zniżek nie ma, ale nie znaleziono też dla nas żadnego rozwiązania, jak tylko kupno nowego, całego biletu. Jako że miał to być wyjazd oszczędny, nie mogliśmy sobie pozwolić na taką stratę, tym bardziej, że w błąd wprowadziła nas kasjerka. Postanowiliśmy więc zaryzykować... Przejechaliśmy dwa kolejne odcinki, z Czadcy do Żyliny i z Żyliny do Rużomberoka, trochę w stresie, ale okazało się, że nikt się już nie czepiał... W dodatku w Żylinie kasjerzy też nie wiedzieli do końca, jak to jest, i mówili, że jak nam takie bilety sprzedano, to tak ma być :)
       Po przyjeździe do Rużomberka ruszyliśmy do centrum, by zobaczyć ciekawsze zabytki, tym bardziej, że z głównego placu właśnie zaczynał się nasz szlak. Spod kasztelu św. Zofii, zniszczonej synagogi i dolnej, deptakowej części miasta, słynnymi Wielkimi Schodami doszliśmy do starówki, z małomiasteczkową, senną atmosferą. Plac A. Hlinki z ratuszem i kościołem św. Andrzeja był niemal pusty, pobyliśmy więc tu chwilę i mijając zespół budynków popijarskich ruszyliśmy w góry szlakiem niebieskim obok trochę zniszczonych kapliczek Kalwarii.
       Pogoda dopisała nam tego dnia. Gdy doszliśmy do Wilkolińskich Łąk, skręciliśmy na szlak żółty, by zwiedzić wpisaną na listę UNESCO, będącą żywym skansenem wioskę Wilkoliniec. Składa się ona praktycznie z samych starych, zabytkowych, ustawionych szczytem do drogi drewnianych chat. Całość sprawia rzeczywiście miłe wrażenie, warto więc tu zajrzeć. Wiosna w Vlkolińcu jest piękna, kwitną jeszcze drzewa owocowe, przydomowe łączki są pełne stokrotek i innych drobnych kwiatków, a ponad dachy domów wystają maiki - osadzone na wysokim drewnianym palu iglaste gałązki, przybrane różnokolorowymi wstążkami.
        Do rozstaju szlaków wróciliśmy tą samą drogą kontynuując wycieczkę szlakiem niebieskim, obok hotelu Malina. Spod niego rozpoczęła się mozolna wspinaczka na szczyt Malinnego. Pobyliśmy tu chwilę, gdyż było już późne popołudnie, a my planowaliśmy spędzić nocleg w opisywanym przez przewodnik szałasie, który trzeba było znaleźć, o ile oczywiście jeszcze stał. Ruszyliśmy więc szlakiem zielonym w stronę Szyprunia. W pobliżu Wyżniej Przełęczy Szypruńskiej zaczęliśmy się rozglądać za szałasem. Coś na jego kształt stało w dole, obok byli ludzie, więc zeszliśmy ze szlaku, by na miejscu stwierdzić, że szałas stoi, ale raczej prowizoryczny, osłonięty całkowicie z dwóch stron, z pozostałych zaś częściowo. Obok pozostały zgliszcza po poprzednim szałasie, pewnie tym opisanym w przewodniku. Lepsze "miejscówki" zajęło już dwóch niezbyt rozmownych Słowaków, dlatego została nam część podłogi bliżej drzwi i połowy zabudowanej ściany. Korzystając z ostatnich ciepłych chwil poszliśmy do lejącej się do drewnianego koryta wody ze strumienia i po raz pierwszy tak wcześnie,bo pod koniec kwietnia, zażyliśmy orzeźwiającej (i bardzo zimnej) kąpieli. Położyliśmy się wcześnie. O nocy nie wspomnę. To wtedy właśnie miały przyjść pierwsze chłodne dni, a ja jestem wielkim zmarzluchem. Przez pół nocy nie mogłam spać, w dodatku "atakował" nas jakiś rechoczący "kumak", który koniecznie chciał się dostać na nasze karimaty. Dzięki temu jednak wstaliśmy bardzo wcześnie następnego dnia.


Trasa:
   Rużomberok - Vlkoliniec - hotel Malina - Malinne - Vtacnik          Vtacnik - Wyżna Przełęcz Szypruńska




Niedziela, 29 kwietnia


       Rano pogoda wyraźnie załamała się. W okamgnieniu wszystko zasnuły mgły. Nie widzieliśmy nawet ścieżki, z której wczoraj zeszliśmy do szałasu. Zdecydowaliśmy się jednak ruszyć przed siebie mając nadzieję, że na tę najpiękniejszą część trasy, wiodącą przez Boryszów i Płoską, pogoda poprawi się.
       Wróciliśmy pod rozwidlenie szlaków i, mimo niepogody, weszliśmy na szczyt Szyprunia. Podobno są z niego piękne widoki. My widzieliśmy tylko mgły wokół. Po powrocie na dół ruszyliśmy do Niżnej Przełęczy Szypruńskiej i dalej, ciągle szlakiem zielonym, częściowo w deszczu, przez Małą Smrekowicę, wojskowy kompleks wypoczynkowy doszliśmy pod hotel Smrekovica. Tu zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie na schodkach jakiegoś nieużywanego domku. Pogoda trochę poprawiała się, mgły zaczęły się unosić, przeważnie jednak niebo było zachmurzone. Na szczęście widoczność była niezła.
       Od Skalnej Alpy zaczęły się połoniny i mogliśmy podziwiać grzbiety i szczyty Halnej Fatry, troszkę już zazielenione, przeważnie jednak szare, z krokusami i przebiśniegami. Z Rakitowa, jednego z piękniejszych szczytów, rozpościerała się panorama we wszystkich kierunkach. Nad nami wisiały ciemne chmury, jednak żadna ulewa nas nie złapała. Z wierzchołka zeszliśmy przez skalną bramę i kontynuowaliśmy wycieczkę wzdłuż ciekawego Czarnego Kamienia, nadal szlakiem zielonym. Po drodze spotykaliśmy nielicznych turystów. Z siodła Płoskiej zmieniliśmy szlak na żółty, by zdobyć szczyt, bo zielony go trawersował. Na rozległej, będącej punktem zwornikowym ramion Fatry Płoskiej było jeszcze trochę śniegu i bardzo wiało. Nas czekało jednak jeszcze tylko zejście do schroniska pod Boryszowem na nocleg. W schronisku było wielu ludzi, dostaliśmy jednak pokój, a nawet udało nam się znaleźć miejsca siedzące w miłej, niewielkiej jadalni. Co prawda było okropnie gorąco, a w dodatku niemal za naszymi głowami na kominku suszyły się buty górskie, jednak doceniliśmy przytulną atmosferę i grane na gitarze przeboje słowackiej poezji śpiewanej:) Tradycyjnie dołożyliśmy starań, by się umyć, blokując na raty jedyne pomieszczenie z 2 umywalkami w schronisku i chlapiąc niemiłosiernie na już i tak zabłoconą podłogę. Podejrzewam, że byliśmy niemal jedynymi, którzy tak się starali. Tu spotkaliśmy też naszych kompanów z poprzedniej nocy w szałasie, którzy jeszcze spali, gdy wychodziliśmy i przyszli po nas do schroniska.


Trasa:
   Wyżna Przełęcz Szypruńska - Szypruń - Niżna Przełęcz Szypruńska
   Niżna Przełęcz Szypruńska - Mała Smrekovica - Skalna Alpa - Rakitów - Gruń - Czarny Kamień - Przełęcz Płoska
   Przełęcz Płoska - Płoska           Płoska - chata pod Boryszowem




Poniedziałek, 30 kwietnia


       Wczesnym rankiem, gdy schronisko budziło się do życia, wdrapaliśmy się żółtym szlakiem na szczyt Boryszowa. W nocy widać był przymrozek, bo trawy i ziemia były oszronione. Zeszliśmy, gdy większość turystów opuściła już schronisko. Po śniadaniu zebraliśmy nasze rzeczy i wyszliśmy przed schronisko, by przygotować się do drogi. Ja wyszłam w niezawiązanych butach mając zamiar zrobić to na ławeczce przed schroniskiem, gdzie było więcej miejsca. Do dziś nie wiem, czy potknęłam się o nie zawiązane sznurówki, czy nie zauważyłam drugiego, niskiego schodka. Dość, że runęłam jak długa z plecakiem, sprzętem fotograficznym i bólem w skręconej kostce. Z pomocą Roberta dokuśtykałam jakoś do ławki. Nie chciałam schodzić na dół w połowie wycieczki i wracać do domu, więc po rozmasowaniu bolącego miejsca po prostu unieruchomiłam kostkę butem górskim i dzielnie ruszyłam przed siebie udając, że nic wielkiego się nie stało.
       Trawersując w tym dniu Płoską szlakiem niebieskim doszliśmy do Chyżek. Tu przerzuciliśmy się na czerwony szlak magistrali wielkofatrzańskiej i przez Suchy Wierch doszliśmy na najwyższy szczyt Wielkiej Fatry - Ostredok (1592 m n.p.m.), z rozległymi, sięgającymi Tatr widokami. Dalej przez Kriżną doszliśmy do Królewskiej Skały z widocznym w dole schroniskiem, a raczej hotelem Królewska Studnia. Następnym naszym celem była wieś Blatnica - doszliśmy do niej już pod wieczór długim, wielokilometrowym żółtym szlakiem przez uchodzącą za najpiękniejszą Dolinę Gaderską. Dolina ze skalnymi wychodniami i wiosenną zielenią rzeczywiście jest sympatyczna, jednak na rower, nie na pokonywanie jej na własnych nogach. Ostatni, siedmiokilometrowy odcinek prowadzi asfaltem, co skutecznie zniechęca najbardziej wytrwałych piechurów.
       Mijając po prawej ruiny blatnickiego zamku na wzgórzu doszliśmy w końcu do kempingów przed wioską. Zdecydowaliśmy się zapytać o możliwość przenocowania mimo obaw o wysoką cenę. Nocleg w bungalowach, pustych o tej porze roku, był jednak przystępny, zostaliśmy więc właśnie tam. Jak się okazało następnego dnia - słusznie, bo w samej Blatnicy widzieliśmy raczej pensjonaty (a i tych niewiele), za to żadnych możliwości tańszego noclegu w wynajętych domach.
       Domek wynajęliśmy na razie na jedną noc, gdyż nie wiedzieliśmy, jak się potoczy jutrzejszy dzień. Moja kostka okazała się spuchnięta, po zdjęciu górskich butów kuśtykałam idąc w klapkach do łazienki, miałam jednak nadzieję, że "jakimś cudem" i moim uporem :) wymogę na Robercie (i mojej kostce) jeszcze jeden dzień, który mieliśmy spędzić na poznawaniu Skalistej Fatry.


Trasa:
   chata pod Boryszowem - Boryszów - chata pod Boryszowem           chata pod Boryszowem - Chyzky
   Chyzky - Suchy Wierch - Ostredok - Kriżna - Kralova Studnia
   Kralova Studnia - Dolina Gaderska - Blatnica




Wtorek, 1 maja


       Rano "rozchodziłam" kostkę i namówiłam Roberta, który chciał już wracać, by nie śpieszyć się i zostać jeszcze jeden dzień. Przedłużyliśmy zatem nasz nocleg i wybraliśmy się w góry. Najpierw, z Doliny Gaderskiej, wdrapaliśmy się do ruin blatnickiego zamku. Później długim, na początku stromym niebieskim szlakiem, obok ciekawej jaskini Mażarna, miejscami przez łańcuchy, doszliśmy na szczyt Tlsta. W dole widać było doliny pełne żółtego rzepaku oraz szczyty Małej i Wielkiej Fatry, a nawet Tatr. Kostka nie bolała (no, chyba, że stanęłam na nierównej powierzchni), słonko grzało przyjemnie, gdy zielonym szlakiem doszliśmy do Ostrej. Ciekawymi drewnianymi schodkami, po łańcuchach i przez skalne okienko wyszliśmy na sam szczyt. Zeszliśmy żółtym i niebieskim szlakiem obok skał Murania tzw. Ścieżką Janka Bojmira, a konkretniej jej częścią zwaną Doliną Końską.
       W tym dniu czekała nas jeszcze Blatnica z ciekawym dworkiem, obecnie muzeum, oraz zrębowymi i murowanymi domami. Żadnej przyjemnej knajpki w tej pustej o tej porze roku wiosce nie spotkaliśmy, wróciliśmy więc do restauracji przy naszym bungalowie. Z powodu późnej pory kelnerka nie przyjmowała już zamówień na jedzenie, w tym jednak momencie wszedł właściciel, u którego załatwialiśmy noclegi, i powiedział jej, że my tu nocujemy. Sam podał nam karty menu i wreszcie, po dniach kanapek i zupek w proszku, mogliśmy zjeść jakiś spóźniony obiadek.


Trasa:
   Blatnica - Blatnicki Hrad            Blatnicki Hrad - Mażarna - Tlsta           Tlsta - Ostra
   Ostra - Murań           Murań - Konsky dol - Blatnica




Środa, 2 maja


       Rano, mijając blatnicki park i wlot Doliny Blatnickiej, doszliśmy do przystanku autobusowego. Stamtąd dostaliśmy się do Martina. Pociąg do miejscowości Vrutky, gdzie czekała nas przesiadka na Żylinę, mieliśmy niebawem, udało nam się jednak wyskoczyć na całkiem sympatyczny martiński rynek z wieloma muzeami i szklanym budynkiem - kawiarnią na środku. Po przyjeździe do Żyliny postanowiliśmy przejść się na rynek, by nie wracać tak wcześnie do domu, gdy słoneczna pogoda dopisywała. Czas do odjazdu pociągu spędziliśmy na obu rynkach, w knajpce (z kiepską doprawdy pizzą) i na lodach. Tym razem sprawnie (dla pewności nie kupowaliśmy już "studenckich" biletów) dojechaliśmy do Zwardonia. Stąd w stronę Katowic wracało już z Beskidów sporo ludzi. Przed Bielskiem pociąg zaczął się dziwnie zachowywać, obawialiśmy się, że swoim zwyczajem, gdy jedziemy z lub na Słowację, coś się wydarzy - w tym wypadku pociąg stanie. Na szczęście tym razem wszystko się udało i bez komplikacji (i o własnych nogach, co ważne w moim przypadku) wróciliśmy do domu.