Mała Fatra
20 - 24 IX 2006


Środa, 20 września


               W ramach "odstresowania" przed czekającą mnie za tydzień obroną pracy magisterskiej postanowiliśmy pojechać w góry - w słowacką Małą Fatrę. Zsynchronizowaliśmy idealnie pociągi, wstaliśmy raniutko, by o przyzwoitej porze, z licznymi przesiadkami, dojechać do Żyliny. Niestety nie przewidzieliśmy w naszym przemyślnym planie tak prozaicznej przeszkody, jak - zepsucie pociągu... Już do Czechowic przyjechał spóźniony, do Bielska wlókł się niemiłosiernie i tam stanął na amen. Przy okazji mieliśmy możliwość wysłuchania kilku "perełek" kolejowych "naprawiaczy", którzy akurat obok nas coś tam majstrowali, w stylu "świeci się, ale nie świeci". Oczywiście utknęliśmy na stacji w oczekiwaniu na następny pociąg, ze świadomością, że nasze pociągi, do których mieliśmy się przesiadać, już pojechały bez nas. W dodatku zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Następnym pociągiem dojechaliśmy zatem do Zwardonia i nie czekając na bezpośrednie połączenie do Żyliny, na które musielibyśmy czekać z 2 czy 3 godziny, przeszliśmy granicę pieszo, a potem "zwiedzaliśmy" okolice Skalitego (czyli szliśmy od przystanku do przystanku), bo stamtąd, jak na złość, autobus też długo, długo nie jechał. W końcu z przesiadką w Czadcy dojechaliśmy do Żiliny 15 minut wcześniej, niż bylibyśmy tym późniejszym pociągiem ze Zwardonia :) Opłaciło się jednak, bo dzięki temu zdążyliśmy na jeden z nielicznych autobusów do Kuneradu. Widząc bowiem, że pada, postanowiliśmy zmienić plany i zacząć naszą marszrutę po Fatrze od drugiej strony, od fragmentu części luczańskiej, by pod koniec tygodnia znaleźć się w części krywańskiej ze świadomością, że prognozy mówiły o pogodzie. Autobus podwiózł nas wprost pod pałac w Kuneradzie, dosyć ciekawy i malowniczy, niestety nieco zaniedbany. Stamtąd zielonym szlakiem doszliśmy do głównego, czerwonego, by po chwili znaleźć się na Hornej Luce i podziwiać pierwsze połoninki i majaczący w lekkiej mgle maszt na Wielkiej Luce (najwyższy szczyt tej części Fatry). Po jej zdobyciu zeszliśmy żółtym szlakiem do Chaty na Martinskych Holiach na nasz pierwszy nocleg. W wielkim schronisku byliśmy niemal sami, a okolice, pewnie pełne narciarzy w sezonie, teraz wydały nam się opustoszałe.


Trasa:
   Pałac Kunerad - Horna luka          Horna luka - Veterne - Vidlica - Velka luka
   Velka luka - Chata na Martinskych Holiach



Czwartek, 21 września


       Pogoda zdecydowanie się poprawiła, więc szybko powróciliśmy żółtym szlakiem do szlaku głównego. Dziś mieliśmy do pokonania dłuższą trasę, bo zaplanowaliśmy nocleg w Chacie pod Suchym, a do tego zwiedzanie zamku w Strecznie. Przez Kriżavę, Mincol, sedlo Javorina dotarliśmy przyjemnym i mało uczęszczanym szlakiem do miasteczka nad przełomem Wagu i załapaliśmy się nawet, mimo późnego popołudnia, na zwiedzanie malowniczego zamku na skale. Po przejściu rzeki zaczęliśmy, nadal szlakiem czerwonym, dość stromą wspinaczkę już w części krywańskiej. Po drodze obejrzeliśmy ruiny Starego Hradu i do schroniska dotarliśmy już po zmroku. Niezbyt sympatyczny właściciel zniechęcił nas do kolacji we wspólnej sali. Dodatkowo zaczęliśmy odkrywać "uroki" słowackich schronisk, w których (przynajmniej w Małej Fatrze) nie istnieje coś takiego jak "wrzątek do naczyń turysty". Chcąc się posilić gorącym kubkiem, musieliśmy po prostu kupić herbatę, nie zaparzać jej, a wrzątek wykorzystać we własnych celach.


Trasa:
      Chata na Martinskych Holiach - Krizava
   Krizava - Dlha luka - Mincol - Uplaz - sedlo Javorina - Strecno - Stary hrad - Plesel - Chata pod Suchym




Piątek, 22 września


       Po wyjściu ze schroniska, nadal czerwonym szlakiem, mogliśmy zacząć podziwiać najpiękniejsze fatrzańskie zakątki. Przez Suchy i Mały Krywań doszliśmy w końcu na wierzchołek Wielkiego Krywania, najwyższy szczyt Małej Fatry. Stamtąd zeszliśmy na Snilovskie sedlo i tu z braku wody rozdzieliliśmy się. Robert zszedł bezpośrenio zielonym szlakiem do Chaty pod Chlebom, ja zdobyłam jeszcze samotnie szczyt Chleb, schodząc do schroniska żółtym szlakiem. Dostaliśmy nocleg w małym pokoiku z trzypiętrowymi łóżkami, ale z dostaniem wrzątku mieliśmy jeszcze większe problemy. W ramach wyjątku ("bo szefa nie było") sprzedano nam wrzątek jako herbatę (czyli wodę z torebką) ze słowami, że to "ostatni raz". Normalnie bowiem mają oni esencję i zalewają od razu herbatę bez konieczności grzania wody za każdym razem w czajniku. Z myciem też było wesoło. Z naszego kolejnego spostrzeżenia wynikało, że turyści w słowackich schroniskach w ogóle się nie myją. Nie było mowy o żadnej łazience, a mała umywaleczka była tylko przy dwóch używanych ciągle toaletach, w dodatku bez żadnych drzwi czy zasłonki. Z sali widać ją było dosyć dobrze. Mimo to zdołaliśmy się jakoś umyć, robiąc zasłonki z ręczników. Byliśmy chyba jedynymi, którzy tak dbali o toaletę wieczorną. Za to po umyciu (jaki to "komfort psychiczny"!) i po kolacji całkiem miło nam się siedziało we wspólnej sali przy grzanym, słodzonym w zależności od potrzeb winku i zimnej kofoli, słowackiej, nieco ziołowej coca-coli.


Trasa:
   Chata pod Suchym - Suchy - Maly Krivan - sedlo Bublen - Velky Krivan - Chleb - Hromove
   Hromove - Chata pod Chlebom




Sobota, 23 września


       Według pierwotnych planów mieliśmy już dziś wracać, ale namówiłam Roberta na jeszcze jeden dzień, by za bardzo nie ganiać i zwiedzić jeszcze Diery. Po dojściu żółtym szlakiem na główną grań, przez Hromove i Południowy Gruń, doszliśmy pod Stoh. Ambitnie postanowiliśmy się wdrapać stromo na szczyt, mimo że niemal wszyscy wybierali trawers żółtym szlakiem. Chroniąc się przed wiatrem posiedzieliśmy chwilę na wierzchołku, a potem, miejscami błotniście, zeszliśmy do siodła Medziholie. Tu już zaczęliśmy spotykać wielu ludzi, w tym Polaków, z racji ładnej pogody, weekendu i popularności tych stron. Częściowo po łańcuchach weszliśmy na Wielki Rozsutec (czekając w kolejkach, by wejść na sam wierzchołek), a stamtąd na siodło Medzirozsutce. Stąd czerwonym i zielonym szlakiem, szybko, choć bardziej stromo, zdobyliśmy Mały Rozsutec i wróciliśmy na Medzirozsutce. Przez Tesną Rizną i Horne Diery, miejscami drabinkami, jak w Słowackim Raju, szlakiem niebieskim dotarliśmy na Podziar i rezygnując w tym dniu z przejścia przez pozostałe Diery, zeszliśmy żółtym szlakiem przez sedlo Vrchpodziar do Stefanowej. Mimo obaw o nocleg (Słowacy niechętnie wynajmują kwatery na jedną noc) znaleźliśmy całkiem przyzwoite miejsce, a nawet udało nam się mimo wieczora zrobić zakupy w sklepiku otwieranym chyba o tej porze specjalnie dla turystów (jeśli takowi się pojawią).


Trasa:
   Chata pod Chlebom - Hromove
   Hromove - Poludnovy Grun - Stohove sedlo - Stoh - sedlo Medziholie - Velky Rozsutec
   Velky Rozsutec - sedlo Medzirozsutce - Maly Rozsutec - sedlo Medzirozsutce
   sedlo Medzirozsutce - Tresna rizna - Horne diery - Podziar           Podziar - Stefanova




Niedziela, 24 września


       Rano, wróciwszy na Podziar, niebieskim szlakiem przez Horne Diery, a od miejsca zwanego Ostryne żółtym przez Nowe Diery przeszliśmy, znów po drabinkach, przez obie dolinki. Z siodła Vrchpodziar zmieniliśmy szlak na zielony i stromo, przez Boboty, zeszliśmy do Tiesnav. Drogą co chwilę przejeżdżały samochody do popularnej Vratnej. A my doszliśmy do Terchovej, podziwiając po drodze górującego nad wsią wielkiego Janosika oraz ruchomą szopkę w kościele. Na tyle tylko mieliśmy czas przed odjazdem autobusu. W Żylinie znaleźliśmy się w ostatniej chwili, by złapać bezpośredni pociąg do Czechowic. Przez te kilka dni udało nam się zatem, przy pięknej pogodzie i lekko jesiennych już kolorach, przejść przez najpiękniejsze zakątki Małej Fatry. Obrona magisterki 4 dni później też się udała :)


Trasa:
   Stefanova - Podziar            Podziar - Ostryne            Ostryne - Nove diery - Podziar - sedlo Vrchpodziar
   sedlo Vrchpodziar - Boboty - Tlesnavy         Tlesnavy - Terchova (droga asfaltowa)