Góry Choczańskie
30 IV - 3 V 2010

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie


Piątek, 30 kwietnia


       Wspaniały dzień zakończenia roku szkolnego klas trzecich! Z naręczem kwiatów, z prezentami i w odświętnym stroju, cała obładowana pędzę do domu, bo wszystko jest zaplanowane tak, że mam tylko chwilę czasu, by przebrać się, wziąć plecak i jechać na dworzec na jeden z nielicznych busów do Jabłonki. Wszystko dzieje się na wariackich papierach, do tego spod domu ucieka nam jeszcze autobus, więc pędzimy na Kleparz i w ostatniej chwili wskakujemy do następnego, który na szczęście dowozi nas wprost pod dworzec wschód. Mimo obaw bus do Jabłonki nie jest zapełniony i na miejscu jesteśmy po 16. Akurat zaraz ma jechać bus do granicy Chyżnego, co jest niebywałym zbiegiem okoliczności. Godzina odjazdu mija, przyjeżdżają kolejne autobusy, ale żaden do miejsca, gdzie chcemy jechać. W końcu pytamy i dowiadujemy się, że rozkład jest nieaktualny, a ostatni bus w interesującym nas kierunku odjechał o 15. Nie pozostaje nam nic innego, jak łapanie stopa, nawet nie do Chyżnego, a dalej, do pierwszej miejscowości słowackiej. Przez godzinę nikt nie chce się zatrzymać, wreszcie zatrzymuje się młody mężczyzna, który proponuje, że podwiezie nas tylko na górkę. Jako że informujemy go, gdzie znajduje się obecnie nieoznakowany samochód policyjny, który jeździ tamtędy (łapiąc stopa mamy wgląd w te sprawy), decyduje się podwieźć nas do granicy, a gdy już tam jesteśmy, to stwierdza, że zawiezie nas do Trsteny. Nic nie chce za swoją przysługę, a nam udaje się wskoczyć do prawie odjeżdżającego już autobusu do Dolnego Kubina. I bardo dobrze, bo następny jest dopiero za dwie godziny. Z Dolnego Kubina w stronę Valaskiej Dubovej możemy odjechać też dopiero za ponad godzinę, tak więc łazimy po mieście, mimo że byliśmy tu już kiedyś na majówce rowerowej. Gdy wreszcie dojeżdżamy do Valaskiej, po obejrzeniu karczmy Janosika i postawionego akurat maika kierujemy się niebieskim szlakiem w stronę gór. Jest już zupełnie ciemno, z początku tylko dobiega nas głos nadawanych z głośników we wsi ludowych przebojów. Na szczęście żaden niedźwiedź nas nie atakuje, a i moja nowa czołówka sprawuje się dobrze, więc sprawnie (poza ostatnim fragmentem, gdy schodzimy trochę ze szlaku i musimy piąć się wądołem w górę) docieramy do szałasu, pustego tego dnia i przygotowujemy się do noclegu. Robert rozpala ogień w stojącej tu kozie i już ułożeni na ławach możemy iść spać.


Trasa:

   Valaska Dubova - Stredná Polana




Sobota, 1 maja


       Rano budzi nas deszcz, na szczęście potem się rozjaśnia i po powrocie z Zadnej Polany, gdzie poszliśmy po wodę, zaczynamy wspinaczkę zielonym szlakiem na Wielkiego Chocza. Od ludzi idących na szczyt dowiadujemy się, że o 12 ma tam być odprawiona msza, stąd pewnie co jakiś czas mijamy grupki starszych i młodszych turystów. Z góry, mimo mglistej pogody, roztacza się panorama we wszystkich kierunkach, tak więc marudzimy tam dłuższy czas, zanim decydujemy się schodzić na przełęcz pomiędzy Wielkim i Małym Choczem. Mimo że na ten drugi szczyt nie ma znakowanego szlaku, można tam wyjść ścieżką, co czynimy, przedzierając się przez kosówkę i zatarasowane przez drzewa odcinki. Potem czeka nas dość długi odcinek do uzdrowiskowej miejscowości Lucky z ciepłymi źródłami i wodospadem. Stamtąd przez pola przechodzimy do źródeł w Kalamenach, w których tapla się akurat jakieś towarzystwo. Malowniczą polaną docieramy do granicy lasu, a potem, bez plecaków, żółtym szlakiem do ruin liptowskiego zamku, gdzie o tej porze jest cicho i spokojnie. Z racji zbliżającego się wieczoru i deszczu oraz burzy szybko należy znaleźć jakiś nocleg, bo wiemy, że dalej już nie dojdziemy, a i szlak z siodła pod Kralovą nie jest dokładnie zaznaczony. Decydujemy się więc na nocleg w ambonie myśliwskiej, stojącej najniżej. Trzeba się do środka wdrapać po drabinie, ale wewnątrz, mimo ciasnoty, jesteśmy osłonięci od deszczu i po zakopaniu się w śpiwory idziemy spać w naszym przytulnym "domku".


Trasa:

   Stredná Polana - Zadna Polana - Stredná Polana
   Stredná Polana - Wielki Chocz             Wielki Chocz - sedlo Vráca       
(bez szlaku)    Sedlo Vráca - Mały Chocz - sedlo Vráca           sedlo Vráca - Lučky Kupele
(bez szlaku)   Lučky - Kalameny            Kalameny - sedlo pod Král'ovou - Liptovsky hrad - sedlo pod Král'ovou




Niedziela, 2 maja


              Kolejnego dnia już łatwo znajdujemy szlak sprowadzający nas w pobliże Bukowiny. Do samej wsi nie docieramy, by wcześniej skręcić w polną drogę wiodącą do centrum Liptowskiej Anny. Mimo niedzieli pani otwiera dla nas sklep, gdzie możemy się zaopatrzyć w wodę, słodycze i oczywiście słowackie piwo (jedno wypijamy od razu na przystanku). We wsi zatrzymujemy się przy ruinach gotyckiego kościoła, a potem zaczynamy żmudną wspinaczkę na Prawnacza. Jak zdążyliśmy już zauważyć, czas przejścia, który widnieje na mapach czy tabliczkach, nie pokrywa się niestety z rzeczywistym, tym bardziej, gdy niesie się na plecach cały dobytek. Ponadto Góry Choczańskie są poprzecinane dolinami i po pokonaniu jednego wierzchołka schodzi się, aby znów mozolnie wspinać się na następny. Dodatkowo zaczyna padać, tak więc docieramy na wierzchołek w deszczu i mgle. Nic ze szczytu nie zobaczymy, wpisujemy się zatem tylko do książki pamiątkowej i schodzimy na przełęcz Prietrzna, do chatki myśliwskiej, gdzie robimy posiłek i wypijamy drugie nasze słowackie piwo. Na moment rozpogadza się, gdy ruszamy szeroką drogą w dalszą wędrówkę. Ja decyduję się przejść przez Eliasza i Heliasza, Robert wybiera drogę dołem do przełęczy Rovne. Wdrapuję się więc na górę, niestety cały czas bez szlaku. To też urok Choczańskich, że w strategicznych miejscach szlaku nie uświadczysz i nie wiadomo dokładnie, jak iść. W pewnym momencie niewyraźna ścieżka się gubi, w dół jest stromo, muszę jednak jakoś dojść na przełęcz, bo nie ma sensu już wracać. Wychodzę na drogę w miejscu, gdzie oczywiście też nie ma szlaku i zastanawiam się, gdzie Robert na mnie czeka. Na szczęście po podejściu paruset metrów spotykam go i razem kontynuujemy wycieczkę na Łomy.
       Znów musimy się wspinać, wiele razy trzeba schodzić ze szlaku, by okrążyć zwalone drzewa, bo ścieżka widać nie jest uczęszczana i cały dzień nie spotykamy żywej duszy. Na szczycie ze skałkami zatrzymujemy się na chwilę, mimo że widoczność nadal jest kiepska. Potem schodzimy na Malatińską Rówień, i znów tracąc szlak (w wielu miejscach przydaje się GPS Roberta), wychodzimy na łąki Svoradu. Jest wczesne popołudnie, a my zastanawiamy się, co robić. Planowo mieliśmy przejść dolinami, jednak pogoda się pogarsza i wchodząc w kanion musimy uważać, by nie skręcić nogi na śliskich skałach. Zaczyna padać deszcz, zapatuleni kurtkami nie zwracamy uwagi na okoliczne widoki, po dojściu więc do pierwszej, krótkiej drabinki, stwierdzamy, że nie ma sensu iść dalej, bo i tak będziemy skoncentrowani na tym, by bezpiecznie zejść, niż na okolicy, która niewątpliwie jest piękna - przy normalnej pogodzie. Wracamy na Svorad (wcześniej próbowałam szukać tam ponoru, ale nie wiedząc, jak dokładnie wygląda, mogłam tylko się domyślać, że to jest to) i zastanawiamy się, jak zmodyfikować plany, by trafić gdzieś na nocleg. Decydujemy się w końcu wspiąć na kolejny szczyt tego dnia, Prosieczne, i zatrzymać na nocleg na polanie Ostruky. Po wspinaczce znajdujemy się najpierw na łące, potem na wierzchołku, z którego nawet widać okolice, bo pogoda nieco się poprawia. Jednak jesteśmy już przemoczeni i zimno wygania nas na dół. Znów oczywiście tracimy szlak, na szczęście niedługo wychodzimy na rozległą polanę. Niestety, nigdzie nie widać szałasu. Gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że pozostały z niego tylko zgliszcza, resztki blach i stojący na środku pogorzeliska piecyk. Zapada już wieczór, trzeba więc szybko zadecydować, co zrobić. Wokoło nie ma żadnej ambony, gdzie moglibyśmy ewentualnie zanocować, decydujemy się więc na zejście do Wielkiego Borowego (może będzie tam jakaś wiata) lub do młynów w Oblazach (podobno można tam było kiedyś zanocować). Mimo zmęczenia całym dniem i kilkakrotnym wchodzeniem na szczyty, idziemy dość szybko, by w górach nie zastała nas ciemność. Po kilkuset metrach od miejsca, gdzie zielony szlak skręca nagle w lewo, w okolicach Sihli, widzę nagle na maleńkiej polance jakąś chatkę w dali, którą pewnie bym normalnie minęła bez zwracania uwagi. Podchodzimy bliżej i okazuje się, że to budowany właśnie drewniany domek. Drzwi są zastawione watą szklaną, a gdy je odsuwamy, okazuje się, że w środku jest nowa drewniana podłoga i piecyk. Z kartki na drzewie obok wnioskujemy, że chatka ta powstaje w miejscu innej, spalonej. Jest nawet podana nazwa, ale nic nam nie mówi. Zastanawiamy się, czy budowana jest dlatego, że to szałas na polanie Ostruky spłonął, mimo że tamto miejsce jest zbyt od tego oddalone. Decydujemy się na pozostanie tu na nocleg, niemal w ostatniej chwili, bo znów zaczyna padać, a w środku jest przynajmniej sucho. Rozwieszamy nasze mokre rzeczy, które i tak do rana wiele nie przeschną, ale przynajmniej my możemy włożyć suche ubrania i zjeść coś ciepłego oraz zakopać się w śpiwory. Kolejny więc raz udało nam się znaleźć nocleg.


Trasa:

   Sedlo pod Král'ovou - dolina przed wsią Bukowina
(bez szlaku)   Dolina przed wsią Bukowina - Liptowska Anna           Liptowska Anna - Pravnáč - Helias -
- sedlo Rovne - Lomné - Svorad - Prosečné - sedlo Ostruky - Sihla




Poniedziałek, 3 maja


              Rano wstajemy bardzo wcześnie, by nikt w chatce nas nie zastał, bo w końcu jesteśmy nieproszonymi gośćmi. Jakoś żadni robotnicy się nie pojawiają (ciekawe, czy w ogóle pojawiają się codziennie), a my, schodząc szlakiem do wlotu Doliny Borowianki, zauważamy niedaleko chatki, w dole, w wąwozie, źródło wody. Jest to więc niezła miejscówka, ciekawe tylko, czy turyści będą mogli tu zaglądać, czy jest to domek leśników lub myśliwych. Dziś musimy już wracać do domu, schodzimy więc tylko, by zobaczyć młyny na Oblazach, jemy śniadanie przy jednym z nich (wokół nie ma żywej duszy, dopiero później otwiera się okno i drzwi jednego z młynów, który wcześniej wydawał nam się pusty mimo obecności kota - "wychciewacza") i wracamy w stronę Borowego. Potem drogą asfaltową idziemy do czerwonego szlaku, którym będziemy już szli do końca, do Malatiny. W okolicach pensjonatu "Przy wieży" zrywa się gwałtowny wiatr, a po chwili świeci słońce, by za moment znów skryć się za chmurami. Ciemne chmury wiszą też nad szczytami, na szczęście poza mżawką nie pada. Czekają nas jednak kilometry rozjeżdżonych dróg i błota, które przylepia się do butów i za nic nie chce zejść. Przejście tym odcinkiem jest jednak niezwykle malownicze, nawet przy tej pogodzie. Mijamy polany, by wreszcie dotrzeć do Malatiny. Mamy tylko trochę czasu, by się przebrać i już wsiadamy do autobusu do Dolnego Kubina, W mieście kręcimy się trochę w okolicach dzielnicy Bysterec, a potem na dworcu wsiadamy w autobus do Trsteny. Przy okazji kupujemy też bagietki i sok w supermarkecie, bo po kilku dniach wody mineralnej mamy ochotę na coś innego, i po wizycie tam przestajemy się dziwić, że Słowacy jeżdżą do Polski na zakupy. Tacy właśnie zabierają nas na stopa, gdy wychodzimy na główną drogę do granicy, poza Trstenę. Przy okazji lokalizujemy na pobliskim przystanku policjanta z radarem, który w ostatnim momencie wychyla się z wiaty, by zrobić zdjęcie. Słowacy zamierzają nas podwieźć do "Biedronki" w Jabłonce, jest ona jednak zamknięta a ja uświadamiam sobie, że dziś 3 maja i wszystko jest pozamykane. Dla Słowaków niedobrze, dla nas lepiej, bo podwożą nas niemal pod sam przystanek. Niedawno minęła 16 i mamy nadzieję, że złapiemy coś na Kraków, okazuje się jednak, że nic już tego dnia nie pojedzie. Jako że podchodzą do nas ludzie, którzy rozdają ulotki o Jezusie, pytamy ich, jak się stąd wydostać. Po chwili okazuje się, że możemy jechać z nimi. Na początku próbują nas nawracać, ale potem siadamy do samochodu z dwoma sympatycznymi chłopakami i Irlandczykiem (wszyscy z tej wspólnoty), którzy nie wtłaczają nam nic na siłę do głów, tak więc podróż mija przyjemnie, poza tym, że chcąc uniknąć zakorkowanej Zakopianki, wybieramy lokalne drogi i objazdy i po kilku godzinach docieramy dopiero do Krakowa. Mimo zaproszeń na posiłek (siedziba wspólnoty baptystów jest bardzo blisko naszego domu, tak że podwożą nas niemal pod blok) mamy teraz jedynie ochotę na kąpiel po paru dniach unikania wody i po kilku chwilach lądujemy w naszym krakowskim mieszkaniu. Dolin Prosieckiej i Kwaczańskiej nie udało nam się przejść, ale obiecujemy sobie, że przy najbliższej sprzyjającej okazji udamy się tam samochodem na jednodniową wycieczkę.


Trasa:

   Sedlo pod Král'ovou - dolina przed wsią Bukowina
(bez szlaku)   Dolina przed wsią Bukowina - Liptowska Anna           Liptowska Anna - Pravnáč - Helias -
- sedlo Rovne - Lomné - Svorad - Prosečné - sedlo Ostruky - Sihla