White Horse i Sutton Bank
Biały koń i szybowce
15 VIII 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



W kolejny sierpniowy weekend wybieramy się na konia. Nie, nie do stadniny, żeby pojeździć, tylko w góry, żeby pochodzić. I wspiąć się na Białego Konia z Kilburn.




Parkujemy w przyjemnie wyglądającej wioseczce Kilburn. Kwitnąca w przydomowych ogródkach lawenda przypomina nam niedawny wyjazd do lawendowych gospodarstw ( → relacja tu). Anglicy wyjątkowo lubią tę roślinę i często pojawia się ona w ich wypieszczonych, porządnych i miłych dla oka ogrodach. Nawet jeśli mają tylko piędź ziemi przed domem, uprawiają ją i dbają o nią z namaszczeniem.
Wystarczy minąć ostatnie zabudowania, by wysoko, na horyzoncie, pojawił się on. Biały Koń z Kilburn.




Jego podobizna jest najbardziej na północ wysuniętą kredową figurą w kraju. Ma 318 stóp długości (niecałe 100 metrów) i 220 wysokości (ok. 67 m). Została wykuta w zboczu, a później, dla koloru, przysypana wapnem z inicjatywy mieszkańca Kilburn, Thomasa Taylora.




Taylor pracował w londyńskim handlu i to właśnie na południu zobaczył wykute w skałach podobizny Wiltshire horses. Zainspirowany widokiem postanowił stworzyć coś podobnego w rodzinnej wiosce. Do pomysłu zapalił swego nauczyciela i 31 wolontariuszy, którzy w 1857 roku ukończyli dzieło wykuwając wielkiego konia na zboczu klifu Sutton Bank. Kilkukrotnie figura uległa zniszczeniu z powodu silnego gradu, a w czasie wojny była nawet przykryta, by uniemożliwić Niemcom bombardowania. Dziś koń jest pod opieką stowarzyszenia, które dba o jego utrzymanie i odnawianie.




Po krótkiej wspinaczce na płaskowyż mamy konia u swych stóp. Z tej perspektywy nie przypomina niestety niczego. Możemy za to podziwiać widoki na nieco przymgloną okolicę.




Po nasyceniu oczu ruszamy ścieżką wzdłuż płaskowyżu. I odkrywamy, że ulokowało się na nim lotnisko szybowców. Ciągnące je samoloty przelatują niemal nad naszymi głowami tak nisko, że odruchowo uginam kolana, by maszyna o mnie nie zawadziła ;).







Z tej strony też jest ładnie. U naszych stóp ciągną się pola, domy i droga, która stromo wyprowadza na Sutton Bank. Gdzieniegdzie widać kępki kwitnących wrzosów – znak, że możemy już ruszać na poszukiwania całych połaci tych różowawych kwiatów.







Przez chwilę jeszcze obserwujemy startujące z szybowcami i lądujące samotnie samoloty. Tutejszy klub szybowcowy jest jednym z najstarszych na świecie. Należała do niego Amy Johnson, pierwsza kobieta, która samotnie przeleciała z Wielkiej Brytanii do Australii w 1930 roku.




Dobrze widoczna jest stąd także droga na płaskowyż ze słynnym, stromym podjazdem, który pokonuje się czasem na jedynce, wlokąc się za większą gabarytowo maszyną.







Tak tu przyjemnie, że przysiadamy na jednej z ławek w pełnym słońcu i ze słodką przekąską w ręku. A co!













Po dotarciu do ruchliwej drogi na szczycie płaskowyżu skręcamy w leśne tereny Cockerdale Wood. Po drodze, w Scotch Corner, pojawia się samotna kaplica ukryta wśród drzew.




A potem znajdujemy kolejnego białego konia! Wraz z kolegą jest żywo nami zainteresowany, gdy przechodzimy przez jego łąkę. Podchodzi blisko i wyraźnie chciałby się zaprzyjaźnić.




Potem jest farma, owce, pola, łąki – wszystko to, co często pojawia się na naszej angielskiej drodze.




I gdy wreszcie na skraju lasu widzimy polanę, a w dali gospodarstwo, wiemy, że na kawową przerwę zatrzymamy się tu. Jest stąd widok, jest trawa, słońce i cisza, czyli idealne warunki, by miło spędzić popołudnie.




Więc siedzimy. Bardzo długo. Tak długo, że nagle widzimy, iż od strony gospodarstwa zbliża się do nas samochód terenowy. No tak, odeszliśmy parędziesiąt metrów od granicy lasu i usiedliśmy na łące, więc pan tych włości mógł się poczuć zaniepokojony. Przekleństwem Anglii jest to, że tu wszystko do kogoś należy i wszystkie ścieżki przez tereny prywatne są dokładnie oznaczone.
Samochód zatrzymuje się przy nas. Właściciel wziął z sobą córkę, by uczyć młode pokolenie, jak rozprawiać się z intruzami. Zaczyna się więc przesłuchanie: co tu robimy, gdzie idziemy (i sugestia, że szlak prowadzi dalej), skąd jesteśmy. Pewnie wyczuł po akcencie, że z Anglikami mamy niewiele wspólnego, ale co go, u licha, to obchodzi? Odpowiadam więc, zgodnie przecież z prawdą, że z Leeds. Facet widzi, że nie jesteśmy żadnymi terrorystami ani kim tam sobie wyobrażał, i odpuszcza. Ale mnie się tu już jakoś nie chce siedzieć. Odpoczywamy więc jeszcze chwilę i wreszcie się zbieramy z tego nieprzyjaznego miejsca.




Na naszej drodze pojawia się wioska i ruiny Byland Abbey. To kolejny przykład dwunastowiecznego cysteriańskiego opactwa, z jakich słyną okolice.




W XIV wieku nazwano klasztor „jednym z trzech jaśniejących świateł północy”.







Wracamy do Kilburn przez pastwiska, łąki i wioski.







Przy jednym z pól zatrzymujemy się na dłużej przy dziwnie wyglądającej (bo niebieskiej!), przekwitłej roślinie. Okazuje się, że to główki maku ukryte wśród lnu.













Gdy na wzgórzu widzimy już białą sylwetkę konia, wiemy, że meta jest tuż tuż.
Dzisiejszy spacer utwierdził nas w przekonaniu, że nastała już pora wrzosów, gdyż na horyzoncie różowiały od nich zbocza. W kolejny tydzień ruszamy zatem na ich poszukiwanie do North York Moors.