Szkocja - Góry i zamki
Dzień 4 - Ben Nevis. Gdzie ta grań?
31 VIII 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Rano wyświetlacz i tak nie działa, jak w Walii w maju. Nie pomogło nocne wietrzenie, za to auto pełne jest meszek, które wciskają się, gdzie tylko się da. Na domiar złego pogoda nie budzi moich nadziei na górską wyrypę. Robert za to jest dobrej myśli, bo ponoć ma się później rozjaśnić. Na razie kiepsko to widzę.




Podjechać pod punkt startu na Nevisa jednak można. Potem się zobaczy. Nie pada, więc zastanowimy się, co dalej.
A dalej jest śniadanie i coraz więcej osób przyjeżdżających na parking przy Visitor Centre w dolinie Glen Nevis. Takie tłumy nie mogą się chyba mylić? Skoro ruszają na szlak, coś jest na rzeczy. My tradycyjnie nie pędzimy i nie idziemy za nimi. Trzeba przecież zjeść śniadanie i wypić kawę. Dopiero potem można ruszyć w mgliste, lecz urokliwe i, co najważniejsze, suche góry.




Początek jest przyjemny. Mgły snują się nad szczytami i doliną, nie odsłania nam się wszystko, ale ma to swój klimat. Wybraliśmy na wejście popularny szlak turystyczny, zwany Pony Track, wykorzystywany już za czasów królowej Wiktorii jako droga dojazdowa do istniejącego kiedyś na szczycie obserwatorium. Łatwość szlaku sprawia, że sporo tu turystów. Każdego roku około 150 tys. ludzi chce zdobyć najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii, dlatego tłumy na ścieżce nie powinny nikogo dziwić. Tak samo jak nietypowe sposoby dotarcia na niego. Na Bena wjechano Fordem T, monocyklem, a nawet łóżkiem (jak?)! Równie oryginalne rzeczy wniesiono na szczyt: pianino, wózek inwalidzki i, co bardziej zrozumiałe, beczkę piwa.




Wkrótce jednak opuszczamy kucykowy szlak, bo naszym celem jest zdobycie Nevisa granią Càrn Mòr Dearg Arête. Da nam to szansę zobaczyć słynną północną ścianę Bena. I na tej ścieżce jesteśmy już sami. Jeden z turystów co prawda skręca na naszą drogę, ale wkrótce schodzi w dół, podczas gdy my okrążamy masyw Nevisa i zmierzamy na północ. Początkowo droga prowadzi płasko, a widoki ograniczają się do gór otaczających Loch Linnhe i Eil oraz wiosek Caol i Corpach.




Wkrótce ścieżka rozwidla się: jedna odnoga skręca na wschód, w stronę gór, druga zdaje się prowadzić w dół. Wybieramy tę pierwszą, zgodnie ze śladem, który przygotowaliśmy sobie przed wyjazdem. Tyle że idziemy i idziemy, a mnie coraz bardziej wydaje się, że coś jest nie tak. Gdzie ta grań? Znajdujemy się teraz w dolinie, z prawej wyłania się skaliste północne czoło Bena Nevisa, a po lewej, wysoko, wznosi się ta właśnie grań, którą przecież mieliśmy iść.




Górska podkowa otacza nas ze wszystkich stron. Rzut oka na mapkę i porównanie jej ze śladem wyjaśnia wszystko: ten drugi prowadzi rzeczywiście na grań, ale z doliny, gdzie znajduje się chata CIC Szkockiego Klubu Wysokogórskiego.




Nie opłaca się nam już wracać na początek szlaku na grań CMD Arete, więc kombinujemy, jak by tu dostać się na górę. Akurat objuczeni szpejem wspinacze wychodzą z chaty i proponują nam wyjście żlebem na przełączkę pod samym Nevisem. Z naszej perspektywy osypująca się trasa nie wygląda zachęcająco, zresztą ominęlibyśmy całą CMD Arete, na której przejściu wyjątkowo nam zależy. Skoro nie możemy przejść jej całej, chcemy przynajmniej pokonać jej część.




Co nam więc zostaje? Droga na krechę, czepianie się traw i głazów, by wspiąć się na grań. Jakieś ludziki, które stąd wydają się kropkami na tle zbocza, robią to samo, więc dojście w taki sposób jest możliwe.




Udaje nam się wyjść niemal pod samym wierzchołkiem Carn Mor Dearg. Jest najwyższym, który pokonuje się na całej grani, więc grzechem byłoby nie podejść na całe 1223 m n. p.m. A zdjęcie poniżej pokazuje, gdzie leźliśmy. Z doliny, na krechę, pod sam szczyt, który na fotografii przykrywają lekkie mgły…




Z góry pięknie prezentuje się nasza dalsza trasa i najbardziej ekscytujący fragment grani do przejścia.




A na wprost dumnie pręży się North Face Bena Nevisa, gdzie utrwalają swe umiejętności wspinaczkowe liczni śmiałkowie. Wiszą sobie nad nim mgły, przewalają się nad nim chmury, a gdy zajdzie słońce, ponura czerń skał przypomina, że Nevis mimo swej nieznacznej wysokości – raptem 1344 m – nie jest prostą górką, jeśli chce się go zdobyć od tej strony lub przy niesprzyjającej pogodzie. To tu zdarza się najwięcej wypadków w szkockich górach (więcej niż na Mount Evereście), a konkluzją na temat nieprzewidywalności tej góry niech będą słowa mej koleżanki, które własnoręcznie wpisała do przewodnika po Szkocji po nieudanym ataku na Bena Nevisa parę lat temu: „Nie próbować jak nawet tylko mży na dole. Na górze na pewno jest paskudnie”.




Gdy widzę jeszcze z podejścia spotkanych przed chatą CIC wspinaczy, którzy napierają ostrym żlebem w północnej ścianie, ciepło mi się robi na samą myśl o znalezieniu się tam. I pomyśleć, że większość turystów wybierających szlak kucykowy nie zdaje sobie sprawy, z jaką górą mają do czynienia. Prosta zygzakowata ścieżka wyprowadza ich na obły wierzchołek od południa, a cała północna ściana jest przed nimi zakryta.




Ale dość patrzenia na Nevisa. Czas na wzrokowe zmierzenie się z naszym dalszym odcinkiem, czyli CMD Arete. Skalny grzebień zwęża się tu znacznie opadając stromo po obu stronach.




Trasa ma jedynkę w wycenie scramblingowej ze względu na kilka trudniejszych fragmentów, jednak wszystkie te newralgiczne dla niewprawionych miejsca można ominąć trawersem.




Po mentalnym oswojeniu się z granią czas postawić na niej pierwsze kroki. Efekt drżących kolan tym razem mnie nie dopada, gdyż trasa, wbrew pozorom, nie jest taka trudna. Nawet te przepaście nie wydają się wcale wielkie. Oczywiście trzeba zachować ostrożność, jak na nieco trudniejszym szlaku, ale nie trzeba się jakoś przesadnie koncentrować. No chyba że na widokach, bo te są piękne. Z jednej strony łypie na nas groźnie Ben Nevis, z drugiej rozlewają się morzem szczytów góry Mamores.










Ponoć Ben Nevis lubi kaprysić i często przykrywa się pierzyną chmur. Dziś nie wygląda na zmarzlucha i w pewnym momencie zrzuca z siebie wszystko! Piękna pogoda tutaj to wcale nie taka oczywistość, dlatego zgodnie stwierdzamy, że tym dniem Szkocja chciała nam wynagrodzić te wcześniejsze, chmurne i deszczowe, i zaangażowała do tego swego najlepszego aktora.




Po przejściu Arete grzbiet rozszerza się. Z okolic małej przełączki pod szczytem można zejść sypkim żlebem do doliny przy chatce CIC. To właśnie tę drogę proponowali nam wspinacze. Dobrze, że pozostaliśmy nieufni, a przy tym wierni swym planom, by spróbować dotrzeć na CMD. Stracilibyśmy tyle fantastycznej drogi!







Stąd czeka nas ostatni odcinek podejścia po kamieniach na sam szczyt Nevisa. Wreszcie stajemy na rozległym płaskim wierzchołku.




W samą porę, by zobaczyć rozświetlone szczyty przed kolejnym najazdem chmur. Bo Ben Nevis rzucił znów focha i pokazał, na co go stać. Na moment jednak. Po paru mglistych chwilach chmury znów się rozwiewają i wraca błękit.







Zdecydowanie najczęściej łypiemy w stronę szczytów Mamores. Gdzieś tam w dole, bliżej nas, bieli się nitka wodospadu. Chmury zdają się wirować nad wierzchołkami i jest tak pięknie, jak tylko w górach potrafi być. Pięknie i pusto. Dzięki wybraniu grani Arete i dzięki naszej wspinaczce z doliny zagwarantowaliśmy sobie późną porę dotarcia na Nevisa. Na szczycie są teraz jednostki.







Rozległe ruiny dawnego obserwatorium meteorologicznego na szczycie częściowo wykorzystano – na jednym z fragmentów wznosi się mały schron. Oczywiście muszę do niego zajrzeć, choć jedno łypnięcie okiem przynosi rozczarowanie. Szkoda, że miejsce, które służy za schronienie w sytuacjach awaryjnych, jest tak niemiłosiernie zapaskudzone przez nocujących tu turystów. Aż nie chce się wchodzić do środka pełnego przeróżnego śmiecia.




Chwile spędzone na Benie Nevisie szybko uciekają. Czas schodzić w dół i przywitać się na nowo z widokami na Loch Linnhe i Eil.










Co nie znaczy, że jest tak samo, jak przy podejściu. Jest zupełnie inaczej! Z północy nadciągają chmury, ale zdają się zatrzymywać nad wierzchołkami otaczającymi jeziora. Szara powłoka utrzymuje się nisko, nie na tyle jednak, by przykryć wioski rozrzucone na równinie nad wodą.







Co pewien czas słońce przebija się przez chmurną skorupę pionowymi refleksami. Już dawno przyrzekłam sobie, że będę się ograniczać ze zdjęciami. Niestety, tu się nie da…










Przed nami kolejna zmiana pogodowa. Za chmurami wędruje od północy deszcz. Nas na razie omija, koncentrując się na tym, co w dole. Z jednej strony pionowo pada na zbocza światło, z drugiej, równie pionowo, siecze je deszcz. A wody Loch Linnhe zdają się błyszczeć pod czapą chmur swą mleczną poświatą jak lustro.







Może poniższe słowa zabrzmią tu banalnie, ale jest tak niesamowicie i magicznie, że stajemy jak wryci w obliczu pogodowej potęgi natury. Ben Nevis zafundował nam na koniec niezwykły spektakl, a my mamy wrażenie, że oglądamy go jako jedni z nielicznych z vipowskiej loży. Nawet ścigający nas deszcz, który już wkrótce nas dopadnie, jest częścią tej pogodowej niespodzianki. Zapamiętamy ją na długo, bo to jeden z tych niezwykłych momentów… Wiecie, o co chodzi.










Droga sprowadza nas na dół zygzakami, które w paru miejscach próbujemy ściąć. Dłuży się i wcale nie jest taką pestką, jak mogłoby się wydawać. Mimo łatwości Mountain Track prowadzącego na Nevisa, pokonanie przewyższenia i sama odległość są dla niektórych wyzwaniem. W drodze powrotnej mijamy turystów, których pamiętamy z podejścia. Niektórych spowalnia bezwład zmęczonych nóg, innych wleczący łapę za łapą pies.







Zastanawiam się nawet, jak ci ludzie zejdą na dół przed zmrokiem, który coraz szybciej zapada. Glen Nevis, już zupełnie bez chmur, odsłania nam inne niż rankiem oblicze. Nad doliną i szczytami zachodzi słońce. Niebo nabiera najpierw barwy pomarańczy, by później zróżowieć. Pogoda trzyma klasę do końca.







Schodzimy na parking już po zachodzie. Glen Nevis jeszcze pobłyskuje niewyraźnym światłem dnia, choć ciemność zagarnia coraz większe połacie świata. Na czerniejącej trawie odznaczają się białe paseczki owiec. Jest ciepło, cicho, spokojnie. Wyciszony wieczór w górach trwa w najlepsze, a ja mam teraz tylko jedno marzenie. Zostać tutaj, w tej dolinie, w tej cichości i harmonii, wrócić do samochodu, namiotu, czy gdzie tam jeszcze, posiedzieć na zewnątrz z kubkiem ciepłej herbaty w ręce po całym dniu pięknej wyrypy. Nie robić nic, tylko siedzieć, patrzeć i chłonąć.




Niestety. Rzeczywistość ściąga nas szybko na ziemię. Przed nami kilkugodzinny powrót, przyjazd do domu późną nocą, która przechodzi już w rano, dwie, trzy godziny snu i pobudka, bo czas do poniedziałkowej pracy. Nie tak chcę jednak skończyć tę relację. Niech jeszcze pozostanie na moment w Szkocji, choćby tylko na zdjęciach.









Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.