Szkocja - Góry i zamki
Dzień 3 - W poszukiwaniu Nessie
30 VIII 2015



Rano przeżywamy inwazję midges. Nie da się otworzyć samochodu, ani uchylić przy gotowaniu szyb, bo roje wściekłych muszek wlatują do środka. Oczywiście nie zaopatrzyliśmy się w żaden olejek, który skutecznie by je odstraszył, dlatego zostaje nam tylko machanie rękami.




Niedziela miała być najlepsza pogodowo i zarezerwowaliśmy ją dla Bena Nevisa. Trzeba było jednak zmodyfikować plany i dziś, gdy znów jest nieszczególnie z aurą, ruszamy na północ. Ostatnia nadzieja w poniedziałku. Jeśli nie wypali, trzeba będzie wrócić do Szkocji, by wspiąć się na ten najwyższy szczyt. A tego w najbliższych planach nie mamy.




Dość jednak marudzenia. Czas objechać całe Loch Leuven z małym przystankiem w Kinlochleven na zabiegi higieniczne. Nasz hotel na kółkach nie dysponuje niestety łazienką, więc wszelakie tego typu publiczne przybytki są na naszej drodze mile widziane. Próbuję tam nawet zagadać brytyjskich piechurów z plecakami o prognozy pogody, ale nie są zbyt rozmowni. Za to słońce znów daje nam nadzieję.




Szczególnie wtedy, gdy jedziemy zachodnim brzegiem jeziora.




Fort William, jak zwykle, mijamy. Za to krótki przystanek mamy przy średniowiecznym zamku w Inverlochy. Dziś też tych budowli nie zabraknie na naszej trasie.




Commando Memorial, punkt widokowy na Lochaber i masyw Bena Nevisa, także dziś nie zachwyca. Jest jakoś nijako.




Czas na mocniejsze wrażenia. W Fort Augustus nad śluzami przy kanale króluje Nessie! To tu bowiem zaczyna się (albo kończy) jezioro Loch Ness.




Nessie jakoś nie budzi przerażenia, dlatego szybko porzucamy ją dla jachtów wpływających do śluz Kanału Kaledońskiego. Oglądanie piętrowego systemu śluz ułatwiają przerzucone nad nimi mostki.




A potem czas poszukać prawdziwego potwora w trakcie spaceru nad brzeg Loch Ness. Po słynnej bestii nie ma jednak śladu.







Jeszcze jedną atrakcją miejscowości są budynki byłego opactwa benedyktyńskiego. Ponure wiktoriańskie gmaszysko jakoś nie robi na nas odpowiedniego wrażenia. Znacznie ciekawiej jest pewnie w Clansmen Centre, opowiadającym o tradycyjnym życiu mieszkańców w XVII wieku. Ubrany w kilt młody człowiek jest żywą reklamą ośrodka, choć jego koszulka z pewnością nie przypadłaby do gustu szkockim góralom.










Najsłynniejszym turystycznie zamkiem w okolicy jest leżący nad samym jeziorem Urquhart Castle. Same ruiny z dala sprawiają sympatyczne wrażenie, cena wydaje nam się jednak zbyt wygórowana i kończy się tylko na zdjęciach zza żywopłotu.







W końcu czas na większe miasto na naszej drodze. To Inverness, nieodmiennie kojarzące się z Makbetem. Tu znajdowała się jego siedziba i to tu zamordował króla Duncana, by przejąć po nim tron. Choć rzeczywiście różowy zamek góruje nad miastem, jest budowlą wzniesioną kilometr dalej przez Malcolma III, syna zabitego władcy, po zburzeniu twierdzy Makbeta. Tyle legendy. W rzeczywistości obecny zamek zawdzięcza swój wygląd XIX-wiecznemu architektowi, który użył do jego rekonstrukcji czerwonego piaskowca.




Inverness, położone nad rzeką Ness wypływającą z jeziora Loch Ness, jest największym miastem Highlands. Dobrze, że w Szkocji pojęcie „największe” nie znaczy tego, co w Polsce. Przechadzka nie jest więc nużąca, a kontrasty światła i burzowych chmur wyjątkowo nam się tu podobają.




Mijamy kilka kościołów, najstarszy dom w mieście i już jesteśmy przy katedrze, gdzie zostawiliśmy samochód. Takie miasta lubimy, bo nie męczą i nie przytłaczają swymi zabytkami. Pozwalają za to na w miarę szybkie udanie się poza nie, tam, gdzie jest zielono i gdzie szumią trawy.




Nam szumią dziś na wrzosowiskach, w miejscu ważnej dla historii Wielkiej Brytanii bitwy pod Culloden. To tu w 1746 roku starli się jakobici z Anglikami i to tu ponieśli klęskę i zostali zdziesiątkowani przez rojalistów.




Otwarty teren nie sprzyjał walce, jaką do tej pory podejmowali szkoccy górale, czyli zaskoczeniu wroga wśród stromych, pełnych zakamarków gór. Klęska rozpoczęła serię odwetów i represji: Szkotom zabroniono noszenia narodowego stroju w kratę, gry na kobzie, odebrano im broń i zmuszono do bycia dzierżawcami na terenach przekazanych naczelnikom.




Pozycje wojsk angielskich i szkockich wskazują wbite w polu chorągwie. Znajdują się tu też grobowce klanów i zrekonstruowana chata Leanach, gdzie spalono żywcem 30 jakobitów. Swą wiedzę dotyczącą bitwy można także poszerzyć w centrum informacji znajdującym się nieopodal.







Już pod wieczór czeka nas niespodziewana atrakcja. Wyczytuję w przewodniku, że niedaleko wrzosowisk Culloden znajduje się prehistoryczne miejsce pochówku zmarłych – Clava Cairns. Podjeżdżamy tam i bardzo podoba nam się atmosfera spokoju i tajemniczości towarzysząca odkrywaniu sekretów kamiennych kopców. Powstały one w II tysiącleciu p.n.e. i otoczone są stojącymi głazami. Podczas prac archeologicznych odkryto tu szczątki ludzkie.




Pod wieczór mamy też pogodową niespodziankę. Wypogadza się, gdy zmierzamy w stronę Fortu William, a i widoki na nieznane nam do tej pory pasmo Cairngorms pozwalają mieć nadzieję, że jutro też będzie pogodnie.







Szczególnie, że i tu jest pora wrzosów.










Zachód przychodzi jednak za szybko. Gdzieś tam łapiemy jeszcze czerwonawe błyski, ale ostatni odcinek naszej trasy, do parkingu za Loch Laggan, pokonujemy już w ciemności.




Znów przyjdzie nam dziś nocować w obecności midges, a że obawiamy się wilgoci i problemów z elektroniką w samochodzie, musimy zostawić uchylone okno i spać razem z wrednymi muszkami.





Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.