Szkocja - Góry i zamki
Dzień 2 - Szlakiem zamków i jezior
29 VIII 2015



Poranek łudzi nas przebłyskami słońca, które witamy z niebywałym entuzjazmem. Aparaty idą w ruch, a każda słoneczna plama staje się niezwykłym wydarzeniem wartym uwiecznienia. Kto wie, czy jeszcze takowe będziemy mieli szansę oglądać?




Przy porannym ogarnianiu się na parkingu zagaduje nas pewien mężczyzna, który zatrzymał się tu z żoną na krótki postój kawowy. Przez pierwsze chwile zastanawiam się, w jakim języku do nas mówi? Czy to Niemiec używający angielskiego? Muszę się intensywnie wsłuchiwać w jego angielszczyznę, by wreszcie zrozumieć, co mówi ten rdzenny Szkot. Tak, tak, jesteśmy przecież w Szkocji, a tu angielszczy się inaczej! Pan Szkot opowiada o swoich planach na weekend. Niestety jego dni są policzone, a suma ta wynosi dwa. Wolny poniedziałek mamy tylko my, ci z Anglii. Szkoci świętowali swój przedłużony weekend na początku sierpnia.




Chwilkę kręcimy się po okolicy, by przyjrzeć się z bliska małemu Loch Restil. Poprzednia Szkocja była żółta, obecna jest zielona, więc na tę letnią zieleń trzeba się dobrze napatrzeć.




Gdy wreszcie ruszamy, zmierzamy na zachód, w stronę fiordów i Atlantyku. Pierwszym przystankiem na naszej dzisiejszej trasie będzie mroczne Inverary.
Miasteczko jest widoczne z daleka dzięki swej białej zabudowie kontrastującej z szarością wód Loch Fyne. Niebo też nie ustępuje kolorem wodzie i, jak łatwo się domyślić, krótki deszcz musi nas złapać.




Podjeżdżamy pod bajkowo wyglądający zamek Inverary i włóczymy się trochę po miejscowości.




Na nabrzeżu cumuje Arctic Penguin, trójmasztowy szkuner z 1911 roku. Obok wznosi się kamienny krzyż z XV wieku.







Przy końcu Main Street ulica rozgałęzia się i obejmuje swymi ramionami kościół. Nietypowa to świątynia, bo posiada dwa wejścia, oba z przeciwległych stron. Niegdyś w części południowej modliła się społeczność gaelicka, a w północnej angielska.




Gdzieś z boku przycupnęło więzienie, które obecnie przekształcono na muzeum. Działało jeszcze do lat 30. XX wieku.




I to właśnie w Inverary zaliczamy swą pierwszą szkocką spódniczkę! Wizualnie, oczywiście…




Wieża widokowa tutejszego kościoła jest niestety zamknięta, dlatego okolicę i fiord podziwiamy z perspektywy asfaltu.




I nawet są jakieś przebłyski. Tyle że przy kolejnym postoju, z widokiem na intrygujące ruiny Kilchurn Castle, znów raczy się nas zimnym prysznicem. Szkoda nam trochę malowniczych wysepek rozrzuconych na wodach Loch Awe i samego zamku. Kryjemy się za to w brzuchu citroena, gdyż szarość dnia może teraz rozjaśnić, paradoksalnie, czarna kawa. Według legendy Loch Awe zostało stworzone przez wiedźmę i chyba to właśnie ona rzuca teraz swe uroki na okolicę.




Smolista kawa zdecydowanie nam pomaga. Pogodzie trochę też. Przy kolejnym fiordzie, Loch Etive, jest nieco lepiej.




Chcąc przyjrzeć się lepiej wiaduktowi w Connel, złazimy nawet na plażę, by pod nogami podziwiać to, co żyjącego woda wyrzuca ze swych czeluści. Cuda, panie, cuda!










Sam most jest konstrukcją stalową i pochodzi z 1903 roku. Powstał dla potrzeb linii kolejowej, choć dziś służy ruchowi kołowemu.




W celach reportażowych zmieniamy nawet lokalizację. Roberty lubią mosty, więc na jednej miejscówce nie można poprzestać.




W końcu jest i główna miejscowość dzisiejszego dnia – Oban. Parkujemy gdzieś na obrzeżach i wybieramy się na krótki spacer do Koloseum. Tak, tak, nie trzeba jechać do Rzymu, by znaleźć w zasięgu ręki amfiteatr, a wszystko dzięki pewnemu bankierowi, którego kaprys pozwolił wznieść nad Oban imitację antycznej budowli. Często nazywa się ją właśnie tak – kaprysem McCaiga, choć zamysł, który towarzyszył pomysłodawcy, wcale nie był banalny. McCaig, angażując do pracy miejscowych murarzy, chciał zmniejszyć wśród nich bezrobocie, a szlachetny ten cel połączyć z prywatą – wybudowaniem dla swej rodziny mauzoleum. Dziś obańskie Koloseum pełni funkcję punktu widokowego na zatokę i rozsiane na Atlantyku wyspy.







Ze wzgórza schodzimy na nabrzeże. Klimat w Oban rzeczywiście musi być surowy, skoro nawet słupy mają tu włóczkowe okrycia!




A może mieszkańcom zimowych swetrów nie potrzeba, bo wiedzą, gdzie można się rozgrzać?




Krótki spacer przez miasto doprowadza nas nad zatokę. Teraz z dołu patrzymy na Koloseum i tarasowatą zabudowę Oban.




W porcie cumują różnorakie statki, wśród nich wycieczkowe. Olbrzymy kontrastują z kajakami, co i rusz pojawiającymi się na wodzie. Właśnie trwają jakieś zawody i co chwilę kolejny kajakarz, dopingowany przez nielicznych widzów, przecina wody zatoki.




A nas czeka jeszcze krótki spacer. Wzdłuż wody, mijając wielki budynek katedry, docieramy w pobliże ruin zamku Dunollie.







Zamek był siedzibą MacDougalla i służył rodowi do XVIII wieku.







Kolejne ruiny znajdujemy po drodze. To Dunstaffnage Castle, fort powstały w XIII wieku i należący początkowo do tej samej rodziny MacDougallów.




Dwa wieki później przejął go inny klan, przejściowo był też garnizonem wojsk królewskich. W XIX wieku poważnie uszkodził go pożar. W niewielkiej odległości od zamku wznoszą się ruiny kaplicy.







Sam zamek jest malowniczo położony na cyplu oblewanym przez wody zatoki Ardmucknish i Loch Etive. Gdy słońce zaświeci jaśniej, w oddali bieleją przęsła mostu w Connel.




Stalowym kolosem przejeżdżamy już wkrótce. W drodze do kolejnego zamku.




Barcaldine Castle jest dziś hotelem. Przypomina zlepek wysmukłych kamiennych wież i od XVII wieku, z małą przerwą, jest w rękach rodu Campbellów.




Czas na najbardziej romantyczne ruiny na naszej trasie. Często fotografowany Castle Stalker znajduje się na maleńkiej wysepce na wodach Loch Linnhe. Chyba aura chce jeszcze więcej dodać tej romantyczności okolicy, bo wszystko pożera mgła, zza której ledwo wystają blade zarysy gór.







Docieramy na kraniec półwyspu do rybackiej wioski Port Appin, a później jedziemy zobaczyć ruiny z góry. Pogodowo idzie ku gorszemu. Już tracimy nadzieję na jutrzejszy Ben Nevis.







Ciemne chmury na niebie sprawiają, że szybciej zapada wieczór. Na kolację zostawiliśmy sobie malowniczą drogę wokół Loch Leven. I co? Jest szaro. Za to miejsce noclegowe jest pierwsza klasa – ukryte za drzewami, z dala od drogi, z pięknym widokiem na jezioro. Zastanawiamy się nawet wieczorem, gdzie podziały się te przysłowiowe wredne midges, czyli atakujące człowieka meszki. Chyba w złym momencie nam się to przypomniało, co dobitnie pokażą kolejne dni.









Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.