Szkocja w kratkę, czyli Wielkanoc na północy.
Highlands i wyspa Skye

3 - 6 IV 2015


Dzień 4


Ostatni szkocki poranek wstaje w kratkę. Jest trochę słońca i trochę chmur.




W czasie śniadania mamy wizytę ciekawskich małych owieczek. Podchodzą dość blisko samochodu, a spłoszone, śmiesznie przeskakują na niepewnych jeszcze nóżkach odległość dzielącą je od łąki i mamy - owcy.




Półwysep Strathaird jest najmniejszym i najsłabiej zaludnionym z „palczastych” półwyspów Skye. Przyjechaliśmy tu, by zobaczyć małą wioskę Elgol i, oczywiście, Cuillinsy. Tym razem z innej, bo południowej strony. I w innym otoczeniu – wyłaniające się wprost z wód Loch Scavaig.




My wybieramy się dziś tylko na spacer po plaży, by z bliska zobaczyć tafoni. Są to drobne zagłębienia powstałe wskutek wietrzenia skały i noszą inną, bardziej przemawiającą do wyobraźni nazwę – plaster miodu. Blok skalny z dziurkami jest doskonale widoczny z portu w Elgol.
















Ślizgając się po dużych kamieniach zalegających plażę, wędrujemy wzdłuż klifu. Na pełnym morzu horyzont zamyka wyspa o wdzięcznej dla wilków morskich nazwie – Rum. A pogoda znacznie się poprawia. Cuillins Hills są coraz bardziej widoczne, jednak chcąc się do nich dostać i ruszyć stąd na szlak, trzeba by przedostać się łodzią do Loch Coruisk.







Gdy coraz więcej turystów zaczyna przyjeżdżać do Elgol, my ruszamy w przeciwną stronę. To czas powrotów, a do domu zostały nam jeszcze setki kilometrów. Półwysep Strathaird nie chce nas jednak wypuścić. Gdzieś w okolicy Torrin znów muszę rzucić okiem, a raczej obiektywem, na góry.










To jednak jeszcze nie koniec. W okolicach drugiej, po Portree, większej miejscowości, czyli Broadford, czas na ostatni przystanek. Na pożegnanie niesamowitej krajobrazowo wyspy Skye. Aż żal opuszczać to miejsce.







A potem znów most na Skye i jesteśmy na stałym lądzie. To samo miejsce, a wystarczy nieco słońca, by całkowicie zmienić rzeczywistość i zepchnąć gdzieś w niepamięć szaro-burą i mglistą zawiesinę zalegającą tu jeszcze dwa dni temu.







Co będzie dalej, nietrudno zgadnąć. Wracamy tą samą drogą, ale piękna pogoda „zmusza” nas do zatrzymywania się w tych samych miejscach, co ostatnio. To tak, jakbyśmy jechali tą trasą po raz pierwszy.
Jest więc jeden ze szkockich symboli, wcześniej oglądany ciemną nocą – Eilean Donan Castle. Zamek leży na wyspie w miejscu, gdzie spotykają się trzy jeziora: Loch Duich, Loch Long i Loch Alsh.




Budowla powstała w XIII wieku. Wysadzili ją w powietrze Anglicy w czasie kolejnego konfliktu z Jakobitami w XVIII stuleciu. Zamek odbudowano na początku XX wieku. Współcześnie przeżywa drugą młodość – jako miejsce akcji wielu znanych filmów. Kręcono tu, między innymi, jedną z części przygód Jamesa Bonda („Świat to za mało”) czy film „Nieśmiertelny” („Highlander”). W tym drugim można zresztą zobaczyć inne plenery z naszego wyjazdu – Glenfinnan czy wyspę Skye.




Dalsza droga to dla nas niespodzianka. W tamtą stronę pokonywaliśmy ją w ciemności i zza szyby widziałam wtedy tylko ciemne zarysy gór. Teraz nic nie skrywa się za mgłą lub nocą.




Przed nami dolina Glen Schiel z najbardziej znanym górskim grzbietem – Pięcioma Siostrami (Five Sisters of Kintail).













Po minięciu Loch Cluanie modyfikujemy nieco naszą trasę i nadrabiamy trochę kilometrów, by zobaczyć najsłynniejsze jezioro Szkocji – Loch Ness.




Loch Ness niczym szczególnym się nie wyróżnia. Jest bardzo długie i wąskie, otaczają go niskie wzgórza i wiele brakuje mu do pięknych jezior, które widzieliśmy już na naszej trasie. Sławę zyskało jednak dzięki Potworowi z Loch Ness. Jego legenda narodziła się w 1933 roku, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze relacje tych, którzy zobaczyli z wodach jeziora niezwykłe zwierzę: „Stworzenie baraszkowało całą minutę. Kształtem przypominało nieco wieloryba. Wzburzona woda pieniła się i przelewała jak we wrzącym kotle […]. Patrzący odnieśli wrażenie, że uczestniczą w niesamowitym wydarzeniu, i uświadomili sobie, że nie był to zwykły mieszkaniec głębiny”.
Z czasem zaczęły pojawiać się inne przekazy: „Jego nogi, choć krótkie, grube i niezgrabne, były jednak najprawdziwszymi nogami, zakończonymi czymś w rodzaju świńskich racic, lecz znacznie większymi. Nie widać było ani śladu uszu, ale proszę mi wierzyć, że zwierzę słyszało. Wspięło się na przednie nogi, a następnie ześlizgnęło ze skały na racicach. Nie wyprostowało się tak jak na przykład krowa. Tylnymi kończynami przywierało do gruntu bardzo szczelnie. Wydawało się, że jego korpus jest za ciężki do udźwignięcia dla nóg. Zwierzę zjechało do wody, powodując wielki plusk.” Najczęściej jednak Nessie przypominał potwora z niewielką głową, długą szyją i garbem lub garbami na grzbiecie: „Miał długą szyję, zakończoną małą główką o dużych, owalnych oczach, jego ogon o długości około dwóch metrów był silny i, co ciekawe, zakończony nie spiczasto, lecz obło. Ogólna długość zwierzęcia – cztery do sześciu metrów. Mając pewną wiedzę przyrodniczą, mogę powiedzieć, że nigdy w życiu nie widziałem takiego zwierzęcia. To była jakaś hybryda – skrzyżowanie plezjozaura z foką.” (wszystkie cyt. za: Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Potwór_z_Loch_Ness).
Choć oglądamy tylko południowy kraniec Loch Ness, który jest przecież największym objętościowo zbiornikiem słodkowodnym w Wielkiej Brytanii, spotykamy potwora. A nawet dwa!




Tak to się wygląda po trzech nocach spędzonych w pięciogwiazdkowym hotelu naszego samochodu ;).
Ruszamy dalej wzdłuż jeziora w stronę najwyższych szczytów Highlands. Mijamy malowniczy most Oich Bridge i jeden z kanałów, tak powszechnych na Wyspach.







Przed Fortem William czas na przystanek przy Commando Memorial. Pomnik poświęcony jest brytyjskim komandosom szkolonym na tych terenach w czasie II wojny światowej. Spod jego stóp rozciągają się rozległe widoki na Grampiany.




W pobliżu jest Ogród Pamięci wybrany przez wielu ocalałych z wojny żołnierzy jako miejsce ich ostatniego spoczynku. Są tu też zdjęcia i wspomnienia o współczesnych komandosach poległych w wojnie o Falklandy, w Afganistanie czy Iraku.
Niestety, znów brakuje nam czasu, by zatrzymać się w Fort William. Rzucamy tylko tęskne spojrzenie w stronę Bena Nevisa, dumnie sterczącego nad destylarnią o takiej samej nazwie przy wjeździe do miejscowości. Szkocka whisky też musi tym razem poczekać na degustację.
A przyczyną naszego pośpiechu jest oczywiście dolina Glen Coe. Zrobiła na nas piorunujące wrażenie, gdy mżyło i świat nie nadawał się w zasadzie do oglądania. Jak więc będzie wyglądać teraz, przy słonecznej pogodzie?










Tutaj pijemy też ostatnią na wyjeździe kawę. Wybór miejsca na postój świadczy o wszystkim – jest pięknie! Tu też w naszych przepastnych paszczach kończy żywot wierny towarzysz podróży – wielkanocny zając.







Po przejechaniu doliny teren nagle staje się płaski.










Wśród rozległych wrzosowisk Rannoch Moor sterczą tylko ośnieżone szczyty.










Dalsza trasa przebiega w zasadzie bez komplikacji. Mijamy serpentyny Loch Tulla, okolice naszego pierwszego postoju z widokiem na wiadukt w głębi gór i inne miejsca, które jesteśmy już w stanie rozpoznać.










Mamy jeszcze ochotę na postój nad Loch Lomond, przy fotogenicznym drzewku, gdzie łapaliśmy rzadkie przebłyski słońca w czasie pierwszego dnia.







Dalej zatrzymują nas na trochę korki, więc rezygnujemy z powtórnej przechadzki po Luss. Zapada wieczór, czas wracać.







Most przy Erskine przejeżdżamy jeszcze przed zmrokiem. Potem jest Glasgow. Miasto nabiera konkretności i przestaje być abstrakcyjną nazwą, która po raz pierwszy pojawiła się w mojej świadomości dzięki grze „Eurobusiness”. Pomarańczowe pola, jeszcze Londyn i Liverpool – lubiłam je kupować ;).
A potem długa, długa droga do domu. Ale warto było! I są już plany na powtórkę!