Szkocja w kratkę, czyli Wielkanoc na północy.
Highlands i wyspa Skye

3 - 6 IV 2015


Dzień 1


Aż cztery dni wolnego w Wielkiej Brytanii to nie lada rarytas! Nie ma tu tylu świąt i przedłużonych weekendów, które tak bardzo służą dłuższym wyjazdom. Gdy więc nadeszła Wielkanoc z wolnym piątkiem i poniedziałkiem, postanowiliśmy pojechać gdzieś dalej i wreszcie odwiedzić Szkocję.
Do granic Szkocji da się od nas dojechać w dwie godziny. Ja jednak wymarzyłam sobie, by odwiedzić wyspę Skye i przejechać przez krainę Highlands, nad którą górują najwyższe szczyty górskie kraju. Pięknie zapowiadająca się wycieczka miała tylko jeden mankament – odległość. Ponad 700 kilometrów w jedną stronę i 9 godzin jazdy, by dotrzeć do celu, to nie problem, gdy ma się więcej czasu. Gdy jednak na wycieczkę można przeznaczyć tylko cztery dni? No nic, gdy się bardzo chce, trzeba jechać!
Przed samym wyjazdem pojawił się jednak drugi problem – pogoda. Co prawda miało nie padać, ale prognozy nie były zbyt optymistyczne i nad Szkocją miały zalegać grube warstwy chmur. Jeszcze po południu przed nocnym wyjazdem zastanawialiśmy się, czy czasem nie zmienić kierunku i nie wybrać się na południe, gdzie oczekiwano więcej słońca. Szkoda bowiem pokonywać tyle kilometrów, by nic nie zobaczyć, a co najwyżej spowite mgłą krajobrazy. W końcu jednak Robert podjął męską decyzję – jedziemy!
Wyjeżdżamy po północy w piątek, by nie tracić całego dnia na dojazd i rozłożyć jakoś tę odległość na krótsze odcinki. Zmęczenie dopada nas gdzieś przed Glasgow, więc po 3 rano kładziemy się wreszcie spać.
A, zapomniałam dodać, że tym wielkanocnym wyjazdem otworzyliśmy tegoroczny sezon spania w samochodzie. Z racji tego zaopatrzyliśmy się też w nowy gadżet – jednopalnikową kuchenkę gazową, która jest bardziej stabilna niż butla i lepiej sprawdza się przy gotowaniu w naszym domu na kółkach.




Ranek nie wita nas zbyt optymistycznie. Jest tak, jak zapowiadali – szaro, ponuro i mglisto.




Zjadamy śniadanie, wypijamy tradycyjnie kawę i ruszamy dalej. Przed wypiciem małej czarnej mielę ziarna zamaszyście wprawiając w ruch młynek. Szkoda, że to nie młynek modlitewny i nie może odczynić złej pogody…




Tradycyjnie już podczas wielkanocnego wyjazdu nie jesteśmy sami. Tym razem nie mogliśmy w sklepie znaleźć baranka, który w poprzednich latach towarzyszył nam w drodze. Jest za to czekoladowy zajączek wielkanocny, który siedząc na desce rozdzielczej razem z nami śledzi drogę (podczas kolejnych słonecznych dni biedaczek trochę nam się roztopił).




W deszczu mijamy Glasgow i niedługo zatrzymujemy się w pierwszym ciekawym miejscu – nad jeziorem Loch Lomond.




Nazwa „loch” pochodzi z języka gaelickiego i oznacza, między innymi, jezioro. To, nad którym się znajdujemy, jest chronione w pierwszym powstałym w Szkocji Parku Narodowym Loch Lomond and The Trossachs.




Nad jeziorem wznoszą się szczyty Ben Lomond. Dziś, niestety, wszystko spowija mgła.




Spacerujemy chwilę po wiosce Luss, która leży nad samą wodą.




Potem ruszamy dalej drogą wzdłuż jeziora. Co jakiś czas zatrzymujemy się, by rzucić okiem na krajobrazy.







Każdy przebłysk słońca witamy z entuzjazmem, mając nadzieję na poprawę pogody.




Trochę zaczyna się przejaśniać na północnym krańcu jeziora.













Przed nami zaczynają się jednak górzyste tereny i doskonale widać, że nici z naszych nadziei na słońce. Wierzchołki ciekawych, bo stożkowatych szczytów, są zatopione w mleku.







Przed nami najładniejszy ponoć odcinek trasy – dolina Glen Coe. Choć niewiele widać, droga pomiędzy wyłaniającymi się z mgły potężnymi górami robi na nas piorunujące wrażenie! Szczyty zdają się przygniatać nas swoim ogromem i nieprzystępnością.










W pobliżu znajduje się niewielki wodospad. Zrobienie mu zdjęcia wymaga manewrowania nie tylko aparatem, ale i wielkim parasolem, który jest niezbędny w tej mokrej zawierusze.




Mimo kiepskiej pogody bardzo nam się tu podoba! Deszcz i mgła nie umniejszają wcale urody Szkocji. To tu, w przeciwieństwie do naszego Yorkshire, czujemy się wreszcie jak w prawdziwych górach.







Nieco dalej, w wiosce Glencoe, czas na pierwsze olśnienie tego dnia. Tu nie żałujemy, że świat spowity jest mgłą. Brak wiatru i chmury otulające wszystko powodują, że tutejsze jezioro staje się lustrem. Nieruchoma tafla odbija wszystko. Jak Alicja z Krainy Czarów możemy zerknąć, co jest po drugiej stronie. A konkretniej – na dole!










Czary rzeczywiście zaczynają działać – nagle mam dwóch mężów… Dobrze, że od przybytku głowa nie boli…




Nad kolejnym jeziorem czeka nas kolejna niespodzianka. Wieczorne już słońce próbuje przebić się przez warstwę niskich chmur fundując nam niezwykłe zjawisko. Góry zdają się płonąć i dymić.













Przez Fort William przejeżdżamy tylko. I tak nie zobaczymy dziś górującego nad miejscowością Bena Nevisa. Na koniec dnia odbijamy nieco na zachód do Glenfinnan. To tu, nad Loch Shiel, stoi posąg Górala. Upamiętnia on wzniesie tu sztandaru przez księcia Charlesa Edwarda Stuarta, co zapoczątkowało wystąpienie jakobitów przeciwko angielskim najeźdźcom. Osiem miesięcy później to szkockie powstanie zakończyło się jednak klęską.










Osada znana jest też miłośnikom magicznych opowieści. Tutejszym wiaduktem mknął pociąg do Hogwartu w filmowej wersji przygód Harry’ego Pottera. Niestety, żadnych czarodziejów tym razem nie spotykamy. Może ze względu na kiepską pogodę i późną już porę?




Po powrocie do Fort William czeka nas jeszcze dłuższa podróż samochodem przez nocne już krajobrazy Szkocji. Chcemy dojechać jak najbliżej wyspy Skye, by już jutro rano się na niej znaleźć. Trasę, którą jedziemy, mamy zamiar obejrzeć dokładniej w czasie powrotnej drogi. Tym razem zatrzymujemy się tylko przy słynnym zamku Eilean Donan Castle.




Nieco dalej znajdujemy wreszcie miejsce na nocleg mając nadzieję, że jutro przywita nas lepsza pogoda. Skoro krata dominuje w narodowym szkockim stroju, dlaczego i pogoda ma nie być w kratkę i przynieść nam po dzisiejszym deszczu trochę słońca?