Do trzech razy sztuka
Wyspy Farne i Holy, czyli maskonury i zatopiona grobla
7 VI 2015



Po nieudanych poszukiwaniach maskonurów na klifach Bempton ( → relacja tu ) godzę się z porażką i postanawiam czekać do kolejnego roku i kolejnej wiosny, gdy ptaki gniazdują i pozwalają się obserwować przez ornitologów - amatorów.
W czerwcu Robert zabiera mnie jednak na wycieczkę - niespodziankę. Każe się spakować i wsiadać w samochód, który wiezie nas na północ. Do samego końca nie wiem, co planuje na tę wietrzną, lecz słoneczną niedzielę, aż w końcu wszystko się wyjaśnia – jedziemy na Wyspy Farne w Northumberland na maskonury! Poszukując miejsc do obserwacji tych ptaków natknęłam się oczywiście na tę nazwę, ale wydawało mi się, że zorganizowanie tam dojazdu będzie trudne.




Mój pomysłowy mąż wypytał jednak w pracy kolegę Anglika o maskonury, a ten polecił mu właśnie Farne Islands z zapewnieniem, że musimy mieć niebywałe szczęście, by maskonurów nie zobaczyć, bo tam są na pewno. Wycieczki łodzią bądź katamaranem też nie okazały się drogie i tak oto lądujemy rano w Seahouses, skąd wypływa się w morze.




Już w samochodzie zastanawiamy się, czy kupić krótszą i tańszą wycieczkę, w trakcie której ptaki obserwuje się tylko z wody, czy też rejs z godzinnym lądowaniem na jednej z wysepek. Kolega polecał tę krótszą, kilka opinii w Internecie również opowiadało się za podstawowym wariantem, gdyż wyspę da się obejść w kilka minut, a potem czeka się długo na przypłynięcie statku i marznie w trakcie niesprzyjającej pogody. Pytamy dodatkowo panią w kasie przewoźnika, którego katamaran wybraliśmy, a ta poleca jednak międzylądowanie, gdyż można wtedy ptaki zobaczyć z bliska. Maskonury oczywiście też, bo wykorzystują królicze nory na mieszkania.
To nas przekonuje i ostatecznie kupujemy wydłużoną wersję wychodząc z założenia, że jak już tu jesteśmy, to warto zobaczyć coś więcej. Jak się później okazuje, to był strzał w dziesiątkę! Nawet nie wiedzielibyśmy, ile tracimy, gdybyśmy na wyspę się nie wybrali.




Do odpłynięcia naszego katamaranu o wdzięcznej nazwie ”Serenity” mamy jeszcze około trzech godzin, dlatego ruszamy w kierunku kolejnej atrakcji w okolicy. Holy Island to wyspa, na którą można dostać się tylko w czasie określonych godzin, bo gdy zaczyna się przypływ, wody zalewają jedyną drogę prowadzącą na nią. Teraz jest odpływ i do 17 wjazd na Holy jest możliwy.
Tuż za Seahouses, na wzgórzu nad niewielką miejscowością Bamburgh, góruje potężny zamek, przy którym chcemy się zatrzymać po morskiej wycieczce. W ogóle drogę tę przemierzymy jeszcze nie raz, gdyż na Holy wrócimy ponownie po południu, by zobaczyć, jak morze odcina ją od świata.
Na Holy Island znajduje się tylko jedna miejscowość – Lindisfarne. Tak też nazywa się inaczej całą wyspę.
Nie mamy zbyt wiele czasu na spacerowanie, toteż od razu kierujemy swe kroki w stronę ruin klasztoru, ufundowanego przez św. Aidana w 635 roku. Opactwo zawdzięcza jednak swą sławę św. Cuthbertowi, największemu z lokalnych świętych, który tu żył i tu został pochowany.




Pierwsi mnisi nie mieli łatwego życia, wyspa była bowiem miejscem częstych najazdów Wikingów.




Czas ruszyć dalej. Nad brzegiem morza, na wzgórzu Beblows Crag, wznosi się zamek Lindisfarne. Zanim tam jednak dotrzemy, mijamy malowniczą zatoczkę, na której wodach kołyszą się kolorowe łodzie.




Lindisfarne Castle powstał w XVI wieku jako zamek chroniący granicę angielską przed Szkotami. Przy jego budowie użyto kamieni ze wspomnianego już opactwa, które uległo kasacie w czasach Henryka VIII.







Chętnie pospacerowalibyśmy tu jeszcze dłużej, ale zbliża się czas naszej morskiej wycieczki.




Wracając robię zdjęcia grobli, którą niedawno wjeżdżaliśmy na wyspę. Odpływ rozpoczął się niedawno, gdyż po obu stronach drogi, a nawet na niej, jest jeszcze woda i piasek.




Czas kurczy się jednak zatrważająco i niemal w ostatniej chwili docieramy do Seahouses, odbieramy nasze zarezerwowane bilety i czekamy razem z innymi chętnymi na katamaran. Wreszcie „Serenity” się pojawia i ruszamy.




Farne Islands to kilkanaście małych skalistych wysepek usytuowanych niedaleko lądu i podzielonych na dwie grupy: Zewnętrznych i Wewnętrznych. Niektóre z nich wyłaniają się z wody tylko w czasie odpływu.
W miarę, jak zbliżamy się do skalnego brzegu jednej z nich, zaczyna pojawiać się coraz więcej ptaków. Widzimy też w końcu pierwszego maskonura! Gęba rozdziawia mi się z radości, wskazuję go energicznie Robertowi, a jedna z pasażerek, w odpowiedzi na mą reakcję, uśmiecha się szeroko. Może jest stałą bywalczynią wiosennych rejsów i ptaki nie robią już na niej tak wielkiego wrażenia?




Wyspy Farne zamieszkują 23 gatunki ptaków, w tym około 37 tys. par maskonurów. Przebywają tu również foki szare, które co roku rodzą około tysiąca młodych.




Do fok podpłyniemy później, teraz zbliżamy się do skalistych grzebieni pełnych ptaków. Są ich tu setki!




Wpływamy do małych zatoczek wystawieni na cały ten zgiełk i ptasi harmider i, zamknięci między pionowymi ścianami, na zapachy, gdyż skały są upstrzone ich odchodami.




Rozpoznajemy już po wizycie w Bempton pewne gatunki ptaków. Są tu mewy trójpalczaste, nurzyki i kormorany czubate.







Największy entuzjazm wywołują jednak maskonury, gdy tak sobie siedzą na czubku jednej ze skał. Mimo że maskonurów nie jest dużo, mnie wystarczy nawet ta niewielka ilość. W końcu, po dwóch nieudanych próbach, udało się je zobaczyć. Rzeczywiście, do trzech razy sztuka!







Kolejnym celem, w kierunku którego unosi nas katamaran, jest kolonia foki szarej w pobliżu latarni morskiej Longstone. To tu mieszkała Grace Darling, córka latarnika, która w 1838 roku, w czasie silnej wichury i mgły, wraz z nim uratowała z wraku Forfarshire dziewięć osób. W taki oto sposób dwudziestodwuletnia Grace przeszła do historii brytyjskiego folkloru.




Same foki wylegują się leniwie na brzegu i niewielkich mieliznach, lecz w przeciwieństwie do tych z Donna Nook, pływają również w morzu. Okrążamy ich legowiska, a później kierujemy się w stronę Inner Farne, wyspy, na której mamy międzylądowanie.




Po drodze mijamy pozostałości dawnej latarni morskiej na wyspie Brownsman z przyczepionym do niej domkiem latarnika, a ptaki dalej kołują nad naszymi głowami. Nurkują lub znaczą nam szlak uciekając przed łodzią.




Wyłaniająca się zza skał biała latarnia na Inner Farne zwiastuje nam rychłą wysiadkę.




Miejsce to również związane jest ze św. Cuthbertem, który przeniósł się tu z nieodległej Lindisfarne i zmarł w 687 roku. Podobno to on jako pierwszy troszczył się o ochronę ptaków, pozwalając w świętym miejscu zakładać im gniazda. Do dziś zachowała się poświęcona mu kaplica i średniowieczna wieża, w której przez większą część roku mieszkają obecnie pracownicy National Trust.




Sympatyczna Angielka sprzedająca nam bilet na katamaran poleciła, by mieć na wyspie jakieś nakrycie głowy. Szybko przekonujemy się, dlaczego.
Wyspę zamieszkują liczne rybitwy popielate, które zakładają gniazda o krok od ścieżki dla zwiedzających. Właśnie wysiadują jaja, więc pojawienie się każdego człowieka traktują jako zagrożenie i często atakują intruzów, dziobiąc ich po głowach.










Krążą uparcie w powietrzu, więc i nam dostaje się po głowie! Dostaje się nam też odchodami, które spadają z góry na niespodziewającego się niczego człowieka. Można się było tego spodziewać, gdy zobaczyliśmy upstrzone guanem i całe białe kurtki pracowników National Trust, którzy sprzedawali nam bilety.




W ogóle niesamowite dla mnie jest to, że nie ma tu zakazu wstępu, histerii ekologów i ścisłej ochrony i że w okresie gniazdowania i wysiadywania jaj człowiek może tu się pojawić i przechodzić o krok od spodziewającej się młodych rybitwy. Miejsca, gdzie pojawiają się jaja i siedzące na nich ptaki oznaczone są kamykami i tylko czasem odgrodzone sznurkiem. Często nie ma go wcale.




Dzięki wizycie na Inner Farne mamy okazję zaobserwować z bliska inne ptaki, mniej licznie tu występujące. Jest zatem mewa śmieszka




oraz alka krzywonosa.




Największe emocje wzbudzają jednak znów maskonury. Są ich tu tysiące – odpoczywają na skraju klifów, pilnują nor, w których wychowują małe, latają nad naszymi głowami z cienkimi rybkami w dziobach, by nakarmić swoje potomstwo.










A także uciekają, gdyż nie tylko w świecie ludzkim silniejszy chce się dorobić kosztem słabszego. I tu są ptaki, które chcą coś zdobyć łatwo, pasożytując na innych. To wspomniane już wcześniej mewy śmieszki, które czatują na przylatujące z rybami maskonury i pędzą za nimi. Czasem w pojedynkę, czasem grupą. Silniejsze i większe ścigają więc zespołowo biednego maskonura, który na swoich kaczych nóżkach umyka przed agresorkami i hyc! wskakuje chyłkiem do dziury. A te wstawiają tam tylko głowy bądź nie odstępują nory, w której nagle schował się ptak, licząc na łatwą zdobycz. I tak oto co chwilę obok normalnych odgłosów ptactwa w niebo wznosi się tumult i skrzek, gdy banda mew kolejny raz ściga maskonura.







Czasem jednak ptaki żyją obok siebie w pełnej symbiozie. Mewa trójpalczasta siedzi obok maskonura, a ten obok kormorana. Maskonury z nurzykami też zdają się lubić.







Godzina spędzona na wyspie upływa nam błyskawicznie. To zdecydowanie najlepsza część wycieczki! Moglibyśmy tu zostać jeszcze bardzo długo, przypatrując się ptakom i ich zwyczajom, wsłuchując w szum setek skrzydeł nad głowami, wypatrując przelatujących z niesamowitą szybkością maskonurów, które tylko migają w powietrzu nad naszymi głowami tak, że trudno zrobić im wyraźne zdjęcie. To naprawdę niesamowity spektakl!







A po powrocie, gdy Robert dzieli się wrażeniami z kolegą z pracy, który odradzał nam lądowanie na wyspie, okazuje się, że ów Anglik był tam jesienią, gdy ptaków już nie ma. Nie dziwota, że się nudził przez godzinę…







Pełni wrażeń wsiadamy do naszej „Serenity” i płyniemy w stronę brzegu. To już niestety koniec naszej ptasiej przygody.




Nie koniec jednak naszej wycieczki. Znów pokonujemy drogę obok zamku Bamburgh, by dotrzeć do grobli na Holy Island. Do 17 można nią przejeżdżać, później ma się zacząć przypływ.
Zostawiamy samochód na małym bezpiecznym parkingu przed groblą i ruszamy w jej stronę. Woda, widoczna po obu stronach asfaltu rano, niemal całkowicie odpłynęła. Dochodzimy do budki, która jest ostatnim miejscem ratunku dla tych, którzy postanowili przejechać w czasie wysokiej fali i nie zdołali tego zrobić.




Godzina zero wybija, ale jeszcze długo po niej nic się nie dzieje. Przejeżdżają też samochody, nie tak licznie oczywiście, jak przed siedemnastą, gdy opuszczały wyspę, na tyle jednak często, by stwierdzić, że nic się jeszcze nie będzie dziać i że godzina przypływu podana jest z wyprzedzeniem. Miejscowi wiedzą o tym i jeżdżą jeszcze po czasie. Na takim oczekiwaniu mija nam z pół godziny. Już myślimy, że na całkowity przypływ przyjdzie nam czekać i czekać, gdy nagle coś zaczyna się dziać. Zauważam, że jedna z morskich „rzek” zaczyna nabierać wody. I tej wody nagle zaczyna przybywać.




Kolejne łachy piasku znikają pod wodą. Dzieje się to bardzo szybko.







I gdy nagle patrzymy za siebie, na początek grobli, widzimy i na asfalcie pierwsze plamy wody. To znak, że czas się ewakuować, bo niedługo nasza droga zostanie odcięta od świata. Do pokonania mamy niewielki dystans, ale już i tak brodzimy w wodzie.







Już z bezpiecznej strony obserwujemy, jak przypływ pochłania kolejne metry ziemi.




Zaparkowane w pobliżu samochody też muszą się już ewakuować.




Woda pochłania już wszystko. Wystarczy pół godziny, by grobla i jej okolice zniknęły pod nią. Wracamy więc do samochodu na obiad i kawę. A gdy wychodzimy po dłuższym czasie, by wrócić znów w pobliże grobli, zauważamy, że zalaną drogą płyną sobie kajakarze ze Szkocji! Dwie godziny temu szuraliby dnami kajaków o ziemię, teraz przypłynęli tu przez morze.




Wody znowu przybyło. Już nawet droga przy białej budce jest całkowicie zalana. Robimy ostatnie zdjęcia, by porównać potem to miejsce z tym sprzed przypływu. Wyspa znów została odcięta od świata. Dzieje się tak dwa razy w ciągu doby i spóźnialscy muszą czekać teraz parę godzin, by znów dostać się na Lindisfarne.




A my wracamy wreszcie w pobliże zamku Bamburgh i obok jakiejś nieznanej mi makopodobnej odmiany kwiatów wychodzimy na plażę.




Zamek sterczy dumnie na tle wieczornego nieba. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z VI wieku, z czasów anglosaskich. Swe miano zawdzięcza Ethelfrithowi z Nortumbrii, który nazwał go tak na cześć swej żony Bebby.




Zamek został zniszczony przez wikingów, a na jego ruinach Normanowie postawili nową twierdzę, której część zachowała się do dziś. Ochraniała ona granice angielskie przed szkockimi najazdami.




Przechadzkę po plaży umila nam słońce, chowające się powoli za horyzont. Widać stąd odwiedzone przez nas Wyspy Farne i latarnię morską na zachodzie.










Nie przeszkadza nam nawet przelotny deszcz, przystrajający okręgami morską wodę. Idyllę przerywa tylko odkrycie na plaży białego wzgórka, który okazuje się ciałem małej foczki. Wody przypływu wyrzuciły ją pewnie na plażę.




Gdy niebo z żółtego zmienia barwę na pomarańczową i czerwoną, kończymy przechadzkę. Czeka nas jeszcze długi powrót do domu po pełnej wrażeń wycieczce. Mężowska niespodzianka udała się wybornie!



Copyright Wioletta i Robert Maroszek. Kontakt: dwagroszki@dwagroszki.pl
Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz wykorzystywanie zamieszczonych materiałów w całości lub w części bez naszej zgody jest zabronione.