Droga do Hawnby
2 X 2015

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie



Pewnego razu, jadąc samochodem na wrzosy do North York Moors, spodobała nam się droga. Prowadziła do Hawnby, z pobliża którego wychodziliśmy wtedy na szlak. A od spodobania się do pomysłu, by na spokojnie sobie nią przejechać, nie było już daleko. W niecały miesiąc później ruszamy rowerami drogą do Hawnby.







Tak się szczęśliwie złożyło, że w piątki kończę pracę wcześniej, więc gdy Robert weźmie pół dnia urlopu, zyskujemy kilka dodatkowych godzin na krótką wycieczkę. A że prognozy na weekend nie są w tym tygodniu obiecujące, decydujemy się na popołudniowy wypad za miasto w pewien październikowy piątek. Trzeba w końcu sprawdzić, jaki jest stan jesienności w nasyceniu liści i czy świat zabarwił się już na czerwono i żółto.










Z zabarwieniem jest różnie, bo to dopiero początki jesieni, ale pogodny słoneczny dzień i godziny wyrwane pracy pozytywnie wpływają na nasze samopoczucie. Fajnie tak się mknie w ciepełku!







Trzeba oczywiście pokonać dość stromy podjazd, na którym już poprzednio redukowaliśmy znacząco biegi w samochodzie, ale za to po nim mkniemy prostką w stronę położonego w dole Hawnby. Mknięcie uświadamia mi, że to jednak jesień i to z wszystkimi tego konsekwencjami. Zimny pęd powietrza nieco chłodzi zapały i dopiero dodatkowa warstwa ubrań chroni przed temperaturową obniżką.







Pola znaczą kolorowe esy-floresy ze ściętej trawy i zżętego zboża, a schnące bale słomy od razu przywodzą mi na myśl te przyjemne sierpnie, gdy o zimie jeszcze nikt nie myśli. Dziś też do tych myśli jest wyjątkowo daleko.










Wreszcie docieramy do znanego nam już punktu widokowego na Hawnby i otaczające go wzgórza. Po lewej wznosi się Hawnby Hill, a pośrodku rozłożyła się wioska, którą zamyka od prawej kolejne wzniesienie, Easterside Hill. Na horyzoncie, w pobliżu przekaźnika, rozciągają się wrzosowiska, po których dreptaliśmy we wrześniu.







Dalsza trasa będzie już drogą nie do, ale z Hawnby. Szutry, lokalne asfalty i jeden bród, który musimy pokonać, wyprowadza nas w końcu w okolicach Sutton Bank.



















Zjeżdżamy obok aeroklubu i drogi na Białego Konia, gdzie wędrowaliśmy już niedawno ( → relacja tu), by wylądować w Kilburn, skąd doskonale widać skalnego rumaka.







Ostatnie kilometry to też ostatnie chwile dnia, który powoli się kończy i przynosi z sobą moje ulubione wieczorne światło.










I satysfakcję, że wykorzystaliśmy w pełni słoneczny pracujący piątek i w weekend może sobie być wredna pogoda, jak zapowiadali. A że nie była i prognozy, jak to często na Wyspach bywa, nie sprawdziły się, niespodziewanie wybraliśmy się w niedzielę na kolejne rowerowanie, o którym wkrótce.