Coast to Coast,
czyli od morza do morza przez góry i jeziora

18 - 20 IX 2015
Dzień 3

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie


Dzień 3


Niedziela wstaje ponura. Niespecjalnie nas to jednak martwi, bo najpiękniejsze krajobrazowo odcinki mamy już za sobą, a dziś, po początkowych podjazdach, czeka nas tylko mknięcie w dół w stronę morza.







Pierwszy krótki podjazd mamy już za Rookhope. Konsekwentnie trzymamy się drogi, choć na C2C istnieją odcinki off-road, które łączą się później z podstawowym wariantem. Mimo że stromizna nie jest wielka, jakoś trudno mi się jedzie. Zmęczenie poprzednimi dniami nie zniknęło po przespanej nocy.




Na szczęście podjazdów nie mamy dziś wiele. Szarobura pogoda, a nawet pokapywanie deszczu, towarzyszą nam, gdy po raz ostatni, stromo, wyjeżdżamy za Stanhope. To ostatnia większa wspinaczka na naszej trasie.




Za to dalej jest mknięcie. Rozwijanie prędkości i pokonywanie kolejnych kilometrów w tempie, na jakie w poprzednich dniach nie mogłam liczyć. Raz jedziemy utwardzonym szutrem wśród wrzosowisk, potem wjeżdżamy na asfaltowe ścieżki rowerowe, tak więc nic nie hamuje tempa jazdy.










I właśnie w trakcie tej jazdy, przy kolejnym drogowskazie wyznaczającym dalszą trasę, postanawiamy ruszyć do Sunderland. To tu droga odbija w stronę Tynemouth, więc to ostatnia chwila na zmiany. Decyzja jest spontaniczna, a wywołują ją słowa Anglika, który wskazuje Sunderland jako podstawowy, „historyczny” wariant C2C. Do Tynemouth prowadzą stąd dwie drogi, więc w mojej głowie szybko wykluwa się myśl, by kiedyś zrobić z nich zgrabną pętelkę, a teraz pojechać tak, jak było na początku, przy stworzeniu tego szlaku.




Ruszamy zatem w stronę morza, a drogę wyznaczają nam kolejne konstrukcje i rzeźby znajdujące się przy ścieżce rowerowej.










Kilometry uciekają, cel jest coraz bliżej. Gdy z dali dostrzegamy rzeźbę “Anioła Północy”, wiemy, że jesteśmy na wysokości Gateshead i Newcastle i że morze jest blisko. A krok do niego mamy już wtedy, gdy podążamy wzdłuż estuarium rzeki Wear.










Wreszcie jest i Sunderland. Pierwsze wrażenie nie jest zbyt pozytywne – to paskudne miasto pełne kręcących się tu podejrzanych typów. Trochę lepiej jest, gdy wychodzi słońce, ale i tak wrażenia pozostaną niespecjalne. Inne słońce, a raczej jego dość oryginalną rzeźbę przypominającą wielkie pomarańczowe oko na trzech metalowych nogach, znajdujemy pod Wearmouth Bridge.







Stąd podążamy w stronę plaży, a droga nadal prowadzi wzdłuż wpadającej do morza rzeki Wear. Zbliżanie się do celu sygnalizują nam rzeźby kolejnych planet układu słonecznego. Zanim skierujemy się do pomnika kończącego tradycyjnie szlak Coast to Coast, wypatrujemy na końcu molo latarnię morską. Skoro w Whitehaven zaczęliśmy przy latarni, postanawiamy też skończyć przy niej i podjechać dalej, niż wskazuje pomnik.










A potem wracamy do granitowego monolitu wyobrażającego słońce, na którym wyrysowano gwiezdne konstelacje i przy którym kończą (bądź zaczynają, jeśli wybiorą drogę pod wiatr, na zachód) rowerzyści mogący się poszczycić przejechaniem szlaku Sea to Sea. Tu czas na krótką sesję foto.







Na koniec pora na zamoczenie przedniego koła w Morzu Północnym. Ślady rowerów na piasku wskazują na to, że dziś sporo osób tu dotarło.







Dzisiaj przejechaliśmy 70 kilometrów, a suma podjazdów wyniosła blisko 400 metrów. Cały szlak Coast to Coast zakończyliśmy po 223 km trasy i pokonaniu 2800 metrów podjazdów. Udało się!
Teraz czas na kolejną zmianę. Zastanawiamy się, jak wrócić do samochodu, a jako że nie mieliśmy w planach Sunderlandu, nie przygotowaliśmy żadnej drogi prowadzącej z miasta do Newcastle, skąd mamy bezpośredni pociąg do Wetheral. Pomysł, by Robert sam pojechał po samochód, też upada. Jakoś nie widzi mi się, by czekać parę godzin w ponurym Sunderland, a gdybyśmy nawet dotarli stąd do Newcastle, też musiałabym tam czekać, a Robert nadrabiać potem kilometrów samochodem, by po mnie wrócić. Gdy dodatkowo okazuje się, że bilet stąd do Wetheral jest tylko nieco droższy od tego z Newcastle, nie wahamy się już ani chwili. Emocje po przejechaniu całego szlaku opadły i teraz stwierdzamy, że w tę szarą pogodę nie chce nam się bez mapy jechać dalej. Kupujemy bilet, znów przeżywamy chwilę niepewności, czy nasze rowery zostaną zabrane i ruszamy do Newcastle.




Newcastle słynące ze swych mostów rozpiętych nad rzeką Tyne oglądamy już z okien pociągu.







A potem pociąg wypluwa nas w cichym Wetheral. Jest wieczór, wokół znów żywego ducha, a atmosfera taka, jak pierwszego dnia, gdy wczesnym rankiem ruszaliśmy stąd do Carlisle. Zatoczyliśmy koło, wróciliśmy z tarczą, teraz czas na powrót do domu i powtórne, trójne, czwórne i wielokrotne przeżywanie wyjazdu przy zdjęciach. Było fantastycznie! Dopisała pogoda, sił starczyło na wszystkie podjazdy, widoki, szczególnie w Lake District, powalały. Filmiki ludzi, którzy przejechali ten szlak, jakoś specjalnie nie zachęcały do wyjazdu, gdyż pokazywały zazwyczaj tylko mknący po drogach rower, a nie krajobrazy, które mnie szczególnie interesowały. Nie nastawialiśmy się więc szczególnie na wrażenia estetyczne. Rzeczywistość okazała się natomiast zupełnie inna i z czystym sercem polecilibyśmy ten szlak każdemu, kto w pięknych okolicznościach przyrody chce się sprawdzić na nieco trudniejszej trasie. Jest na niej wszystko, co może zachwycać – dwa morza, góry i liczne jeziora, a dla lubiących wyzwania strome podjazdy. Nic, tylko wsiadać na rower!