Coast to Coast,
czyli od morza do morza przez góry i jeziora

18 - 20 IX 2015
Dzień 2

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie




Dzień 2


Przeraźliwy dźwięk budzika wyrywa ze snu. Wwierca się przeciągle w mózg przypominając, że czas wstać. Nie pomoże naciąganie nakrycia na głowę. Przewracanie się na drugi bok. Rozmowa z samą sobą: „Po co mi to? Nie lepiej przed długim tygodniem pracy pospać, wypocząć i poleniuchować”?
Wstaję. Bo wiem, że to tylko małe wyrzeczenie. Preludium do dnia pełnego zachwytów, poczucia wolności i nieskrępowanej swobody. Obcowania ze światem, z moim ukochanym, z samą sobą. Pozytywnych myśli w głowie, które przelatują wraz z mijanymi po drodze krajobrazami. Przyśpieszam. Endorfiny buzują. Zwiększam nacisk na pedały. Mknę przed siebie. Byle dalej, byle do przodu.




To dziś ten sądny dzień wielu podjazdów, pokonywania kolejnych przełęczy i grzbietów North Pennines. W sklepie spożywczym w Penrith jakiś staruszek kiwa nad Robertem głową nazywając nasz dalszy odcinek krwawym. Bloody, czy nie bloody, trzeba jechać!










Na początek wyjeżdżamy ponad Penrith. Powoli żegnamy się z widokami angielskiego pojezierza przygotowując się na nowe doznania estetyczne. North Pennines przed nami.




Jakoś spodziewam się tych krwawych podjazdów już na początku, a tu droga kręci sobie wśród pól i łąk racząc nas sielskimi krajobrazami. Coś tu chyba chce uśpić naszą czujność.







Ciągle też przypomina nam się, że jesteśmy na szlaku rowerowym. Gdyby tak czasem zepsuł się nam nasz dwukołowiec, zawsze można byłoby sobie coś pożyczyć.










Jedziemy i jedziemy, pogoda kolejny raz nam dopisuje, serducho cieszy się i bije w rytm nachylenia drogi, a łańcuch Gór Pennińskich, który mamy dziś sforsować, coraz bardziej się zbliża.







Mamy też swoją wersję kruków nad łanami zboża. Może nie tak dramatyczną, jak u Van Gogha, ale równie symboliczną. Czy czarne ptaszyska zwiastują nam rychły krwawy odcinek?




Dzisiejsze krajobrazy przypominają nam już bardziej te znane z Yorkshire. Puste, długie grzbiety, rozsiane gdzieniegdzie wioski i farmy oraz wąskie lokalne drogi, po których z przyjemnością się mknie. O ile oczywiście prowadzą w dół.




Wszystkie drogi prowadzą nie tylko do Rzymu, ale w końcu w górę. Czas zmierzyć się z przełęczą Hartside, liczącą całe 1903 stopy (ok. 580 metrów). Gdy przeglądaliśmy filmiki ze szlaku w Internecie, to właśnie miejsce z kawiarnią na szczycie wydawało się najtrudniejsze na C2C. Wszyscy robili tam sobie zdjęcie chcąc uczcić swój sukces w walce z podjazdem. Jeden ze szczytów otaczających drogę jest drugim co do wielkości wierzchołkiem w Anglii, więc w tutejszych realiach zdobycie przełęczy to nie byle co.







No to ruszamy! Robert oczywiście kręci w szybszym tempie i już niedługo staje się dla mnie kropką na wyższej serpentynie drogi. Ja tam wolę kontemplować krajobraz. Posuwam się w dostojnym tempie urozmaicanym przerwami na zdjęcia.










Wbrew obawom podjazd jest bardzo znośny. To ten z typu miłościwych. Droga wznosi się nieznacznie na sporym odcinku, dlatego człowiek nie męczy się tak bardzo jak na stromych górkach. Znacznie bardziej denerwuje mnie fragment głównej drogi, do którego wreszcie dojeżdżam. Na Hartside zmierzają nie tylko rowerzyści i samochody. To honorny punkt dla motocyklistów, dlatego ciepło mi się robi za każdym razem, gdy słyszę za sobą ryk maszyny i po sekundzie rozpędzony motor mija mnie pędząc dalej. Na szczęście przełęcz już niedaleko, o czym przypomina wznoszący się na szczycie budynek kawiarni. Jeszcze tylko parę machnięć, parę miarowych oddechów i jesteśmy!













A na szczycie okazuje się, że przywieźliśmy pasażera na gapę! Na mojej sakwie spoczywa sobie spokojnie pomarańczowy robaczek. To dlatego bagaże tak mi ciążyły w trakcie drogi. W pierwszej chwili chcemy go zdjąć i zostawić w trawie, druga myśl przynosi jednak refleksję, że może stworzonko nie jest przyzwyczajone do takich wysokości, skoro przyjechało z dołu. Postanawiamy je zatem zwieźć do następnej doliny, bo może akurat tam chce trafić?




Teraz czeka nas długaśny zjazd. I tak już będzie wyglądał cały dzisiejszy dzień. Po stromym zjeździe do doliny i obowiązkowej wioski w dole będzie nas czekał równie stromy podjazd. Z Hartside świetnie widzimy kolejne grzbiety górskie piętrzące się na horyzoncie. Wszystkie je będziemy musieli pokonać, by wreszcie minąć góry i rozpocząć zjazd w stronę morza.







Demonizowany odcinek na Hartside wcale nie okazał się najgorszy. Po drodze mamy kilka bardziej krwawych podjazdów: za wioską Garrigill, na Black Hill i za Allenheads. Może dystanse na kolejne przełęcze są krótsze, za to nachylenie takie, że zdarza mi się wyprowadzić rower w sytuacji, gdy kolejny nacisk na pedały nie posunie mnie bardzo do przodu, a jedynie wyssie już i tak marne zasoby sił. W takim samym tempie, a nawet szybciej, pokonam to nachylenie pieszo.










Dzisiejszy dzień obfituje również w obserwacje socjologiczne. Już wczoraj mijali nas rowerzyści zamierzający pokonać C2C, ale to dziś widzimy sporo grup zorganizowanych, z którymi ciągle spotykamy się na kolejnych podjazdach, to wyprzedając je, to dając się wyprzedzić. Prawie nie ma wśród nich osób, które, tak jak my, zorganizowały sobie wyjazd samodzielnie i jadą z całym bagażem.




Wspomniałam już, że na C2C najtrudniejszą rzeczą (poza oczywiście jako taką kondycją) jest logistyka, dlatego istnieje tu sporo firm, które się tym zajmują. Za odpowiednie pieniądze zorganizują całe zaplecze, łącznie z dopingiem i niemal poklepywaniem po pleckach, gdy ktoś z ich grupy zdobędzie kolejną przełęcz. Ciągle więc mijamy ubrane w firmowe koszulki (z nazwą szlaku i datą przejazdu) osoby, które w charakterystycznych miejscach, czyli na szczytach lub w wioskach, mają zapewnioną kawę, herbatę, posiłki, a nawet zdjęcia! Gdy zjeżdżamy z jednej przełęczy, widzimy na drodze fotografa, który z aparatem już czatuje na swoich podopiecznych. Ciągle mijają nas też te same busy, które zmierzają na kolejne spotkanie z grupą. Przystają przy swoich klientach, dopingują, czuwają w razie problemów. Oczywiście wiozą też bagaże, dlatego większość osób pokonuje C2C na lekko, za to z pełnym profesjonalnym sprzętem i w rowerowych ciuchach. Musimy być wśród nich nie lada dziwolągami (szczególnie ja w swej nieopływowej i furkoczącej na wietrze spódniczce – ileż to niepotrzebnej straty energii!), bo gdy mijają nas, często rzucają w naszą stronę pozytywne słowa wyrażające respekt z powodu jazdy z całym dobytkiem i zdumienie, że moje nogi potrafią tak skutecznie nagniatać. Chce mi się trochę śmiać, ale z drugiej strony bardzo jest to miłe.










Uciekające kilometry wyznaczają nam kolejne przełęcze i kolejne słupki graniczne. Żegnamy Kumbrię, witamy Northumberland i okolice Durham, a North Pennines ciągną się wokół nas urozmaicane tylko rzuconymi to tu, to tam wioskami. Nad nami szczątkowe halo ciska tęczowe błyski na niebo, a droga coraz bardziej pustoszeje. Sił też ubywa razem z ubywającym dniem.







Do kempingu, który znaleźliśmy w pobliżu, jest jeszcze sporo drogi, dodatkowo musimy do niego odbić parę kilometrów, a jutro wrócić znów na szlak, dlatego gdy niespodziewanie w Rookhope, na naszej trasie, znajdujemy niewielkie pole namiotowe, nie zastanawiamy się ani chwili. Ekscentryczna właścicielka, Angielka Valerie, pokazuje nam niewielki ogród, w którym mamy się rozbić. Pożycza nam też swój olejek, bo wredne muszki midges atakują nadal i mimo pory roku jakoś nie chcą zniknąć. Specjalnie nam to jednak nie przeszkadza. Szybki gorący prysznic świetnie regeneruje po uciążliwym dniu, a choć pokonaliśmy dziś tylko 65 kilometrów (choć dla mnie aż), przewyższenia rzędu półtora kilometra dały mi nieźle w kość. Najtrudniejszy dzień za nami.