Coast to Coast,
czyli od morza do morza przez góry i jeziora

18 - 20 IX 2015
Dzień 1

→ Zobacz trasę na pełnym ekranie


Słowem wstępu


Zamoczyć tylne koło roweru w Morzu Irlandzkim, a przednie w Morzu Północnym – tym rytuałem zaczynają i kończą szlak Coast to Coast rowerzyści, którzy zapragnęli przejechać wszerz całą Wielką Brytanię. Na wzór pieszego, istnieje tu szlak rowerowy, który prowadzi od wybrzeża do wybrzeża. Coast to Coast, zwany także Sea to Sea, lub po prostu C2C, liczy, w zależności od wariantu, ok. 140 mil (230 km). Został otwarty w 1994 roku i pierwotnie prowadził z Whitehaven na zachodnim wybrzeżu do Sunderland na wschodzie. Choć obecnie różne jego warianty sprawiły, że można zaczynać i kończyć w innych nadmorskich miejscowościach, „środek” jest w zasadzie ten sam – trzeba przejechać przez północną, górzystą część Lake District i Góry Pennińskie – North Pennines.




Zaplanowaliśmy sobie ten szlak na sierpniowy Bank Holiday, bo choć są tacy, którzy pokonują go w dwa, a nawet jeden dzień, wiedzieliśmy, że standardowe trzy dni będą dla nas w sam raz. Problem zaczął się, gdy chcieliśmy zamówić sobie noclegi. W Anglii nie da się spać na dziko, wszystko tu do kogoś należy i w większości jest ogrodzone, więc spontaniczność nie wchodziła w rachubę. Jak się okazało, noclegi na kempingu też. Nawet miejsce pod namiot trzeba tu zarezerwować, a szczególnie w tak „gorącym” okresie, jak przedłużony weekend. Kilka telefonów z odmową przyjęcia nas z braku miejsc sprawiło, że porzuciliśmy ten pomysł i pojechaliśmy wtedy, zgodnie z pierwszą myślą, do Szkocji.




Na Coast to Coast nastał czas później. Po powrocie z krótkiego urlopu w Polsce mieliśmy jeszcze wolny piątek, dlatego od razu po przylocie przepakowaliśmy bagaże i późną nocą (albo bardzo wczesnym piątkowym rankiem) ruszyliśmy w stronę Carlisle. Moje zużyte już poprzednie sakwy zostały w Polsce, na szczęście kilka tygodni wcześniej dostałam komplet od mojego przełożonego, Anglika. Sam jest wielkim miłośnikiem rowerów, a że sakwy leżały u niego nieużywane, podarował je mnie.




Podstawowym problemem przy planowaniu wyjazdu okazała się logistyka – jak dojechać na miejsce startu i wrócić z mety? Z pociągami nie byłoby kłopotu, gdyby nie jeden podstawowy szkopuł. W tak rozwiniętym rowerowo kraju jak Wielka Brytania są niestety ograniczenia w przewozie dwukołowców w pociągach. Czasem da się na rower zarezerwować miejsce (o ile jest jeszcze dostępne), czasem jest informacja, że na danej trasie można przewieźć tylko dwa rowery. Doczytaliśmy, że konduktorzy pozwalają często na zabranie większej ich ilości, więc postanowiliśmy zaryzykować.




Samochód zostawiliśmy w małej miejscowości przed Carlisle, przy dworcu kolejowym. Miał po niego wrócić potem tylko Robert i odebrać mnie z jednego z miast przy końcu trasy, ale plany po drodze się zmieniły. Podobnie jak sama trasa – ruszyliśmy, tradycyjnie, z Whitehaven, ale zakończyć chcieliśmy w ciekawszej i milszej ponoć miejscowości – Tynemouth. Ostatniego dnia zdecydowaliśmy jednak, by trzymać się tradycyjnej trasy i w ostatnim momencie skręciliśmy do Sunderlandu. Co było po drodze, opowiedzą kolejne dni.






Dzień 1


Przeraźliwy dźwięk budzika wyrywa ze snu. Wwierca się przeciągle w mózg przypominając, że czas wstać. Nie pomoże naciąganie kołdry na głowę. Przewracanie się na drugi bok. Rozmowa z samą sobą: „Po co mi to? Nie lepiej po długich tygodniach pracy pospać, wypocząć i poleniuchować”? Niechętnie przeciągam się jeszcze raz i równie niechętnie wstaję. Przygotowuję śniadanie, dopakowuję ostatnie rzeczy i wreszcie budzę mojego śpiocha – męża. Spełnianie roli budzika ma swoje zalety – później on przejmuje ciężar przygotowań. Poranne rytuały przedwyjazdowe powoli dobiegają końca. Potem czeka nas jeszcze dojazd, wypakowywanie rowerów, zakładanie sakw.
Przed świtem zostawiamy samochód przy małej stacyjce Wetheral, przystanek przed Carlisle. Uśpioną miejscowość, jedną z tych wielu w Anglii, z kamiennymi domami, małymi ogrodami i lokalnym pubem, mijamy już na rowerach. Uświadamiam sobie wtedy, jak dawno nie jeździłam z sakwami. Jak dawno nie miałam przed sobą perspektywy kilku dni wolności, gdy wieczór nie będzie oznaczał pośpiesznego powrotu do domu, a jedynie (a raczej aż) to fantastyczne zmęczenie po całym dniu jazdy i rozbicie namiotu w miejscu, którego jeszcze nie znamy. Słowiańska spontaniczność nie pozwoliła nam bowiem na rezerwację noclegów. Mieliśmy w zanadrzu jakieś adresy, ale zdaliśmy się na los. Może po drodze trafi się jakiś fajny kemping. Jakoś to będzie.
W Carlisle czekamy na nasz pociąg do Whitehaven. Na peronie czekają też rowery. I jest ich więcej niż nasze dwa. Na szczęście nikt w środku nie robi problemu i wszystkie pięknie się mieszczą w części do tego przeznaczonej (a jest tam, w przeciwieństwie do polskich pociągów, bardzo mało miejsca). Jeden z pasażerów zostawił nawet swój dwukołowiec w drugiej części pociągu i nikt z tego powodu nie zwrócił mu uwagi. Dobrze, że nawet w skodyfikowanej Anglii przepisy są czasem tylko przepisami.




Jedziemy sobie zatem pierwszy raz brytyjskimi kolejami, a im bliżej celu, tym bardziej zbliżamy się do morza i w końcu suniemy wzdłuż niego. Ostatnią stacją jest nasze Whitehaven, miejscowość w Kumbrii, gdzie zaczyna się trasa Coast to Coast. I wreszcie nastaje ta chwila, gdy wsiadamy na dobre na siodełka, dostosowujemy się rytmem do rytmu roweru, pedałujemy raz, drugi, przyzwyczajając się do ciężaru na bagażniku.




W poszukiwaniu punktu startu docieramy na sam cypel, gdzie bieli się latarnia morska. Tu nie da się zamoczyć koła, ale to tu jest koniec lądu. Dalej rozciąga się spokojna połać Morza Irlandzkiego.




Sam pomnik znajdujemy nieco dalej. Stroma kamienna rampa sprowadza nas w dół, do wody. Zanurzamy w niej tylne koła, by symbolicznie rozpocząć naszą trasę.










Dziś, po częściowo przespanej nocy, dzień rozruchu. Dystans do pokonania będzie większy, niż kolejnego dnia, za to na trasie zmierzymy się tylko z jednym solidnym podjazdem. Na razie jednak opuszczamy miasteczko i zmierzamy szlakiem dawnej linii kolejowej na wschód.




Mięśnie budzą się do życia wraz z dniem, który coraz gorliwiej walczył z nocą i zwyciężył wreszcie obdarowując nas piękną pogodą. Ruszamy. Wyjeżdżamy z miasta i już wkrótce otacza nas wszechogarniająca zieloność. Gęba zaczyna przypominać swym kształtem banana. Ma groszkowa spódniczka, którą zakładam do rowerowych getrów, furkocze na wietrze. Uśmiecham się do męża, on odwzajemnia uśmiech. Zmęczenie zniknęło z powiek, problemy dnia codziennego i frustracje z pracy zostawiamy w tyle. Odpedałowaliśmy od nich skutecznie.
Od razu szukamy jakiegoś miłego miejsca na śniadanie. Trzeba się przecież wzmocnić przed dalszą trasą! Ławka z widokiem na zieloną dolinę wydaje się idealna. Tak jak pogoda, która wyjątkowo nam dziś dopisuje. Nie popędzamy się, powoli rozkoszując słonecznym porankiem. Nie musimy mknąć, gdyż mamy wiele chwil do stracenia. Nigdzie nam się przecież nie śpieszy. Dziś nie musimy wracać.




Jedziemy dalej. I wtedy, zza kolejnego zakrętu, wyłaniają się góry. Stają nagle przed nami, wcześniej skryte gdzieś za wzgórzami czy drzewami ścieżki. W gardle rośnie gula. Zatrzymujemy się oczarowani. Dla takich magicznych momentów warto żyć. Warto rano zwlec się z łóżka, ponarzekać, pomarudzić, ale wstać. I ruszyć przed siebie.










Jeszcze trochę nacisku na pedały i już jesteśmy blisko. Kolejne szczyty piętrzą się na horyzoncie. W dole, na końcu drogi, rozlewa się jezioro. Z początku jeszcze niewidoczne, przebijające błękitem między trawami i drzewami, wkrótce rozlewa się coraz szerzej i bliżej nas.







Zaczyna się najbardziej malowniczy odcinek dzisiejszego, a z perspektywy pełnej trasy, i całego szlaku. Pedałujemy przez północne obrzeża Krainy Jezior – Lake District.







Droga mija kolejne wioski, faluje między niewysokimi wzgórzami, zmienia swój kierunek tak, że przed nami odsłaniają się nowe widoki. Zdążyły już nadpłynąć chmury i przysłaniając częściowo słońce rzucają plamy światłocienia na różnokolorowe zbocza.













Słońce się jednak dziś nie daje. Jest ciepło i pogodnie. Cieszymy się z tego, bo wiemy, jak bardzo aura wpływa na odbiór danego miejsca. Deszcz i wiatr z pewnością odebrałyby Krainie Jezior sporo z jej uroku.







Przed nami kolejne jezioro. Rosnące na jego brzegu drzewa odbijają się w nieruchomej tafli. Czy jest lepsze miejsce, by wypić aromatyczną kawę i zjeść coś wzmacniającego przed kolejnym podjazdem? Znajdujemy w okolicy przyjemną łączkę na małą przekąskę. Kawowy rytuał wypełniliśmy jednak całkiem niedawno, więc nie można się tak rozpieszczać.













Kilkukrotnie w tych okolicach natrafiamy na znaki drogowe z podobizną wiewiórki. Red squirrel, czyli nasza pospolita wiewiórka ruda, jest w Anglii w mniejszości. Zdominował ją bardziej ekspansywny, sprowadzony kiedyś do kraju gatunek szarej wiewiórki. Te szare, występujące naturalnie w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, introdukowano w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX wieku. Od tego momentu większe i silniejsze szaraki zagarniały tereny należące do rudzielców, konkurowały z nimi skutecznie o pokarm i zaczęły roznosić śmiertelny dla wiewiórki pospolitej wirus. Dziś ich ekspansję trudno zatrzymać, dlatego znaki przypominają, by uważać na zagrożony przez wiewiórkę szarą gatunek rudej. Nawet jedna z nich, z pięknie lśniącym futrem, pojawia się na mojej drodze.







Powoli kończą się rozległe panoramy. To znak, że podjazd blisko. Tuż przed nim żółte znaki na oznaczeniach szlaku wskazują, że czasowo zmieniono tu trasę. To niesamowite, że w Anglii nawet na trasach rowerowych informuje się o objeździe.







A podjazd coraz bliżej. Nie jest lekko, oddech się urywa, mięśnie napinają, tempo jazdy spada. Kolejny zakręt pokonuję z nadzieją, że może to już koniec. Ale nie. Jeszcze trochę wysiłku, trochę zmęczenia, wraz z którym uchodzi z organizmu wszystko to, co szkodliwie w nim zamieszkało w ostatnich tygodniach. Nie tylko tony ciasteczek na smutki. Także drobne złostki i złości, narzekania na głupiego szefa i beznadziejnych ludzi wokół, przeciwności losu i zgryzoty. Teraz liczy się tylko praca mięśni i euforia, gdy wreszcie wyjeżdżamy na przełęcz. Liliowe, usiane wrzosami zbocza rozświetla słońce, gdy przed ostatnim leśnym odcinkiem zatrzymujemy się na moment na drodze. Whinlatter Pass osiągnięta!







Co jest piękne w uciążliwym podjeździe? Że po wspinaczce zawsze przychodzi pora na zjazd. I wtedy mknie się w dół z wiatrem we włosach, pokonuje kolejne metry z poczuciem, że kilogramy gdzieś uleciały i przynajmniej tu można się poczuć lekkim jak piórko. Więc mknę. Ale rozważnie, rozglądając się na boki. Nie chcę uronić żadnego widoku, których ta trasa oferuje tysiące. Na przykład na jezioro Bassenthwaite i tęczowe, kolorowe góry przed Keswick.










Przed nami miasto. Gwarne i turystyczne Keswick. Kolejny przystanek na zjedzenie czegoś. Przecież rowerzyści są zawsze głodni!







Potem znów pedałowanie, kolejny widok wmurowujący w asfalt, kolejne zdjęcie, na którym utrwalam ten dzień, by później, w długie jesienno-zimowe wieczory siąść po pracy i przypomnieć sobie chwile, gdy rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.




Różnorodność trasy nie pozwala się nudzić. Raz jedziemy ścieżką dawnej linii kolejowej, potem wzdłuż znanej ze swej grani Blencathry, innym razem odbijamy wciąż od ruchliwej, głównej drogi, nadrabiamy kilometrów i pokonujemy kolejne podjazdy, by za chwilę wylądować tylko nieco bliżej punktu docelowego, znów przy wiodącej wprost do niego krajowej drodze.










Zmęczenie kolejnym kluczeniem budzi moją lekką irytację, która po chwili, po krótkim kryzysie, zmienia się nieoczekiwanie w jeszcze większy power. Kolejne górki pokonuję w takim tempie, jak nigdy.




Za nami zostaje Lake District. Stopniowo oddalamy się od Krainy Jezior, nad którą zaczyna już różowieć niebo.







I gdy tak jadę w świetle zachodzącego dnia, różne myśli przychodzą mi do głowy. Ile radości daje perspektywa, że cały mój świat dźwigam właśnie z sobą! Niczego więcej nie muszę mieć poza tym, co schowałam dziś w sakwach. Jak mało człowiek potrzebuje do szczęścia! Jak wiele radości daje myślenie, że dziś gdzieś dotrzemy, rozbijemy namiot, damy odpocząć rowerom, ugotujemy na butli proste jedzenie, które będzie smakować po całym dniu jak kawior czy królewskie krewetki. Posiedzimy przy świeczce rozjaśniającej wnętrze naszego namiotu, wspomnimy życzliwą turystkę-seniorkę, która widząc, jak przyjechaliśmy, wyszła ze swej przyczepy i zaproponowała nam herbatę, zatrzymamy pod powiekami obraz zachodu słońca nad górami. A potem, zmęczeni, otulimy się w śpiwory i zaśniemy wtuleni w siebie.




Nasz azyl na tę noc znajdujemy nieoczekiwanie po drodze. Tuż przed Penrith natrafiamy na kemping pełen kamperów i przyczep. Mimo że nie na każdym z takich pól można rozbijać się namiotem, to okazuje się przyjazne dla włóczęgów. Nasz żółty rozkładany dom jest dziś tu jedynym. Po 87,7 kilometrach jazdy i 1020 metrach przewyższeń czas na zasłużony odpoczynek.