York i muzeum kolei
29 III 2015



Historyczna stolica hrabstwa Yorkshire, miasto York, doczekało się wreszcie naszej wizyty w marcu. Mieliśmy jechać tam wcześniej, ale polecono nam odwiedziny wiosną, gdy żonkile porastają kopiec Clifford’s Tower i zbocza przy murach miejskich. Odczekaliśmy więc swoje i po botanicznych obserwacjach pojawiających się u nas na wielką skalę żonkili zdecydowaliśmy, że już czas.
Niedziela pogodowo zapowiada się nieszczególnie, choć po południu aura ma się poprawić. I rzeczywiście, gdy parkujemy w Yorku, zaczyna padać. Mamy na to alternatywę – zwiedzanie muzeum kolejnictwa, do którego jest tylko parę kroków i w którym chcemy przeczekać kiepską pogodę.










Narodowe Muzeum Kolejnictwa w kilku salach prezentuje lśniące parowozy, wagony i salonki, w tym tę należącą do królowej Wiktorii.










Są też nowoczesne pociągi, w tym japoński Shinkansen.




Jest też maszynownia oraz pomieszczenia prezentujące działanie zwrotnic i innych urządzeń związanych z kolejnictwem. Na końcu odwiedzamy muzeum różnorodnych przedmiotów przewożonych przez pociągi.




Gdy wychodzimy z muzeum, wita nas słońce, zwiastujące zmianę pogody. Ruszamy zatem w miasto.
Początki Yorku łączą się z działalnością Rzymian, którzy w I wieku n.e. założyli tu obóz wojskowy. Miasto, zwane Eboracum, rosło w siłę i gościło w swych murach samego Hadriana, który nadzorował budowę muru na północy kraju (co udało mu się zbudować, można zobaczyć w relacji z Muru Hadriana).




W czasach średniowiecza ośrodek był silnym centrum chrześcijaństwa. W IX wieku podbili go wikingowie, którzy przemianowali go na Jorvik, a od XI stulecia był pod władaniem Normanów.




Zwiedzanie rozpoczynamy od ogrodów, znajdujących się na terenach dawnego opactwa. Jego ruiny stoją tu do dziś w sąsiedztwie średniowiecznego domu dla gości, romańskiej wieży, obserwatorium astronomicznego i budynków Yorkshire Museum.










Z każdego z tych miejsc wzrok przyciąga imponująca katedra York Minster. Docieramy do niej przechodząc przez jedną z bram w murach miejskich – Bootham Bar.




To największa średniowieczna katedra w Anglii, a nawet w całej Europie.




Budowano ją ponad 250 lat i do dziś szczyci się pięknymi witrażami i innymi skarbami sztuki i architektury tamtego okresu.




Zaglądamy na moment do wnętrza, bo dalej można wejść tylko z biletem, a potem obchodzimy budowlę wokół. Słońce gra dziś z nami w ciuciubabkę, raz zasłaniając się, to znów odsłaniając w mocnych kontrastach z ciemnym niebem.




Przysiadamy na moment na małym placyku na tyłach katedry z widokiem na piękny dom z muru pruskiego.







A potem zagłębiamy się w wąskie średniowieczne uliczki miasta.







Na jednym z domów przysiadł czerwony diablik – chochlik drukarski uwięziony w pasie łańcuchem.




Zaglądamy oczywiście do sklepu z czekoladą, gdyż gorący słodki płyn świetnie rozgrzewa w marcowy chłodny dzień.




W końcu nikniemy w wąskiej uliczce Shambles – dawnej dzielnicy rzeźników. Dziś pełno tu małych sklepików kuszących swoimi witrynami.







Zaglądamy w różne zaułki i zakamarki, przyglądamy się, czasem zaskakującym, napisom, jak choćby intrygującej nazwie bramy Whip-ma-whop-ma.










W końcu za kolejnym przejściem między domami natrafiamy na nastrojowy zakątek oświetlony subtelnie ciepłym blaskiem lamp.




Chodząc po mieście co rusz trafiamy na okalające go mury miejskie zamknięte wielkimi bramami.




Zanim jednak obejrzymy panoramę Yorku z wysokości murów, wdrapujemy się na kopiec Clifford’s Tower. Wieżę zbudowano w XIII wieku po tym, jak wcześniejszy zamek spłonął w czasie pogromów żydowskich w 1190 roku.




Strome zbocza rzeczywiście porośnięte są żonkilami.










Tuż przed dotarciem do wieży pogoda zmienia się, a gęste szare chmury zwiastują rychłą ulewę. I rzeczywiście, gdy stajemy przed zamkową bramą, łapie nas rzęsisty deszcz.




Jak to w Anglii, nie trwa jednak długo, a przebijające się przez granatowe chmury słońce znów funduje nam niezwykłe widowisko kontrastów.




U naszych stóp, wokół niewielkiego placu, stoją budynki należące do muzeum zamkowego.




A stąd już tylko kroków parę do murów miejskich. Wchodzimy na ich koronę na ostatni etap naszego spaceru po Yorku.




Wracamy dołem, wzdłuż murów, by dokładniej przyjrzeć się obiecywanym nam żonkilowym dywanom.
Prawie nienaruszony pierścień murów obronnych okalających miasto ma długość 4 kilometrów i wysokość do 6 metrów. Na system średniowiecznych umocnień składają się także bramy i jeden zachowany do dziś barbakan przy Walmgate Bar. Pozostałe, mimo protestów, zostały zburzone w XIX wieku.




Ciemne chmury znów rozświetla wieczorne słońce. Ładnie jest.




I tak schodzi nam czas aż do zachodu.




Gdy noc już zapada nam miastem, przecinamy rzekę Ouse i wracamy do samochodu zachodnią partią murów.




Nie mamy jednak szans przejść całości, gdyż w pewnym miejscu z naprzeciwka zmierza do nas, pobrzękując kluczami, strażnik. Zamyka mury na noc i musimy wrócić z nim do najbliższego wejścia na nie. Na pytanie, dlaczego mury są zamykane wieczorem, otrzymujemy odpowiedź świetnie wpisującą się w absurdy dzisiejszego świata: w nocy młodzi urządzali sobie tu zakrapiane spotkania i skakali z murów. Zdarzały się oczywiście wypadki i późniejsze żądania odszkodowań od miasta. Lepiej więc teraz dmuchać na zimne i zamknąć je dla zwiedzających.




Wracamy więc nocnymi już uliczkami do samochodu kończąc przechadzkę po stolicy naszego hrabstwa.